
Oto zamieszczony wczoraj na blogu „Wokół Szkoły” tekst Jarosława Pytlaka, w którym, kompetentnie, odpowiada na tytułowe pytanie:
Czy można wierzyć nauczycielowi?
Odpowiadając na tytułowe pytanie: można. Należy. Warto! W dobrze pojętym interesie dziecka i społeczności, do której ono należy. Poniżej garść moich przemyśleń na ten temat, inspirowanych szkolną codziennością.
x x x
Cały czas usilnie staram się do tego przyzwyczaić i cały czas mam z tym problem. Chodzi o brak zaufania do nauczycieli; przekonanie niektórych rodziców, że potrafią kompetentnie wskazać ich błędy i opisać, jak powinni postąpić w sposób właściwy. Taka postawa ujawnia się w różnych sytuacjach, na przykład w postaci komentarza do przebiegu zajęć, ustalonej oceny, notatki wpisanej w sprawdzonej pracy klasowej, informacji o takim czy innym szkolnym działaniu. I nie jest okolicznością łagodzącą ostrość ferowanych sądów wykształcenie nauczyciela, jego doświadczenie, ogarnianie tematu w szerszym kontekście, np. całej klasy, a nie tylko pojedynczego dziecka.
Często czytam w internecie, że jako nauczyciele powinniśmy pilnie słuchać tego, co mówią rodzice, że marzy nam się niekwestionowany autorytet, na który nie zasługujemy, bo przecież popełniamy wiele błędów. Że rolą rodzica jest stawanie w obronie swojego dziecka. Zadaję sobie wtedy pytanie, czy ten sam rodzic w gabinecie lekarza z równą pryncypialnością podważa diagnozę i przepisaną terapię?! Oczywiście materia jest nieco inna, ale analogia sama mi się narzuca. Znam się na pracy dydaktycznej i wychowawczej, którą wykonuję, i którą równocześnie nadzoruję w szkole, pełniąc funkcję dyrektora. Efekty tej pracy są widoczne, a że trwam na stanowisku 36 lat, to muszą być dobrze oceniane. A jednak czasem to nie wystarcza.
Najczęściej problem pojawia się w przypadkach dotyczących niewłaściwego zachowania ucznia. Niby taka szkolna rutyna – na przykład, padło wulgarne słowo pod adresem innego dziecka, nauczyciel reaguje, wpisuje uwagę, i w rezultacie… otrzymuje obszerną informację „jak było naprawdę”. Dziecko przedstawia w domu swoją własną wersję wydarzeń, niezawodnie dla siebie korzystną. Nie padło takie słowo, tylko inne. Nie była to agresja, tylko takie żarty. Pokrzywdzony sam zaczął. I tak dalej.
Od kilku lat już nawet zwykła uwaga w dzienniku może stać się zarzewiem konfliktu. Bo „według dziecka to było inaczej”. Albo, „to zachowanie nie pasuje do mojego dziecka”. Nauczyciele coraz więcej czasu muszą poświęcać na wyjaśnienie kwestii, które z ich punktu widzenia są oczywiste. Epistolografia elektroniczna kwitnie. Sprawy, które powinny się kończyć krótką reprymendą rodzica wobec ucznia i nakazem przeproszenia w szkole za zaistniałą sytuację, zaczynają ciągnąć się niczym rozprawy sądowe. Nawet po zakończeniu pozostawiają osad poczucia krzywdy. Obustronne poczucie solidarnego udziału w wychowaniu ma status kwiatu paproci.
Problemy opisanego tutaj typu coraz częściej trafiają do gabinetu dyrektora szkoły. Mój argument, że nauczyciel ma dobrą wolę i nie ma powodu, by krzywdzić dziecko niesłusznym oskarżeniem, w dobie powszechnej nieufności zazwyczaj okazuje się nieskuteczny. Bo przecież może mieć taki powód, w postaci choćby braku sympatii do dziecka, faworyzowania innego, albo chęci ukrycia jakiegoś swojego błędu. Trudno z tym dyskutować, ale na jedno pozwolę sobie zwrócić uwagę Szanownych Rodziców. Na jakiej podstawie uważacie, że relacja zdana przez dziecko w domu jest prawdziwa, podczas gdy wersja, którą przedstawia Wam nauczyciel – fałszywa?! „Moje dziecko nie kłamie”?! A dlaczego?! Skąd ta pewność, że w domu mówi prawdę?! Skąd pewność, że nie czuje obawy przed przyznaniem się rodzicom do nieładnego postępku?! A może ma – chwalebną skądinąd – pewność wsparcia w domu i wykorzystuje ją, by uniknąć szkolnych konsekwencji?!
Drodzy Rodzice! Pamiętajcie, że szkolne konflikty zazwyczaj dotyczą nie tylko Waszego dziecka, ale także innych uczniów! Nie macie takiej możliwości, jaką ma nauczyciel – spojrzenia na sprawę z perspektywy innych zainteresowanych, całej grupy. Zdecydowana większość nauczycieli to rzetelni specjaliści w swojej pracy. Mogą mieć inne zdanie niż Wy i niż Wasze dziecko. Należy je szanować. Warto je szanować! A dziecko, pośród wielu różnych praw, powinno mieć również prawo do przeżywania przykrych konsekwencji swoich błędów, nieuchronnych w młodości. Jako dyrektor, czasem nakładam na uczniów kary. Nie dlatego, że ich nie lubię, czy nie chcę ich dobra. Właśnie dlatego, że lubię ich z samego założenia, a ich dobro i właściwy rozwój są dla mnie najważniejsze. Temu służy cała moja wiedza i doświadczenie, i inspirowane przez nie decyzje, także te, które dla dziecka są nieprzyjemne.
Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl/blog/
Z obowiązku obserwatora – zamieszczam i dzisiaj informację o kolejnym egzaminie maturalnym – czerpałem z portalu „Strefa Edukacji”:
To matura czy kartkówka? Młodzież ocenia maturę z angielskiego
Większość maturzystów opuszcza sale egzaminacyjne z szerokim uśmiechem, określając tegoroczny arkusz jako łatwy. Dla wielu uczniów egzamin z języka angielskiego to ulubiony punkt maturalnego maratonu, kojarzony z dużą pewnością siebie i brakiem stresu. Warto przypomnieć, że to właśnie ten język obcy nowożytny jest najczęściej wybieranym na maturze. Zgodnie z harmonogramem, egzamin został zaplanowany na trzeci dzień zmagań, czyli 6 maja. Sprawdziliśmy, co mówią i piszą maturzyści o maturze z języka angielskiego na poziomie podstawowym.[…]
Maturzyści przystąpili dziś do trzeciego obowiązkowego egzaminu – języka angielskiego, który tradycyjnie cieszy się opinią najprzyjemniejszego etapu matury. Egzamin rozpoczął się o godz. 9:00 i choć czas na rozwiązanie zadań przewidziano do 11:00, sporo osób opuściło sale ze sporym zapasem czasu.
W mediach społecznościowych błyskawicznie pojawiły się komentarze:
-godzinka i po sprawie z tym angielskim
-Najprostsza matura z angielskiego ever
-Matura z anglika łatwiejsza od kartkówki na rozszerzeniu w 2 klasie
Publikacje w sieci w większości są pozytywne:
Podobnie jak na maturze próbnej oraz w poprzednich latach pojawiały się komentarze porównujące maturę do egzaminu ósmoklasisty. Młodzież uważa w większości, że matura z angielskiego jest prosta i nie stanowi żadnego wyzwania. Ma też wysoką zdawalność. W ubiegłym roku wyniosła 93 proc […]
O opinię o tegorocznym egzaminie maturalnym z języka angielskiego poprosiliśmy także doświadczoną nauczycielkę, Ewę Kołek, absolwentkę Uniwersytetu Jagiellońskiego, doświadczoną nauczycielkę języka angielskiego oraz cenioną dydaktyczkę filologii angielskiej, która rozwiązała dla nas i dla naszych czytelników arkusz maturalny.
Na co dzień aktywnie pracuje z uczniami i studentami, łącząc wiedzę akademicką z praktyką nauczania. W GAWLIK- Krakowskiej Szkole Korepetycji odpowiada za koordynację zespołu dydaktycznego
– Tegoroczna matura z języka angielskiego na poziomie podstawowym zaczęła się od raczej nieskomplikowanych zadań ze słuchania. Pewnych problemów mogły przysporzyć zadania z czytania ze zrozumieniem, szczególnie zadanie piąte i szóste, które nie dość że są dłuższe, to jeszcze wymagają bardziej dogłębnej analizy tekstu. Część związana ze słownictwem i gramatyką zawierała popularne konstrukcje i stosunkowo proste słowotwórstwo, aczkolwiek transformacje zawierające czasy przeszłe mogły być problematyczne. Temat maila okazał się być przystępny, rozwinięcie go nie powinno być trudne, jeśli tylko uczniowie mieli opanowane czasy potrzebne do realizacji tematu – podsumowała maturę z angielskiego Ewa Kołek. […]
Cały tekst „To matura czy kartkówka? Młodzież ocenia maturę z angielskiego” – TUTAJ
Źródło: www.strefaedukacji.pl
Portal „Edunews” zamieścił dzisiaj krótki tekst, dzięki któremu dowiedziałem się o wynikach sondażu opinii uczniów, które zebrała firma „VULCAN” o ich przygotowaniach do egzaminów: maturalnych i ósmoklasisty:
Wyzwania uczniów w przygotowaniach do egzaminów
Tuż przed maturą ukazał się krótki raport zbierający głosy uczniów o trudnościach w przygotowaniach do egzaminu ósmoklasisty i matury oraz o tym, jakiego wsparcia najbardziej potrzebują. O potrzeby i oczekiwania na etapie przygotowań do egzaminów kończących etapy kształcenia zapytała uczniów firma Vulcan.
Raport pokazuje przede wszystkim, że uczniowie mają największe trudności nie tylko z konkretnymi zagadnieniami (zwłaszcza z matematyki, języka polskiego i języków obcych), ale też z samym procesem przygotowania do egzaminów. Wśród problemów merytorycznych dominują te obszary, które wymagają zrozumienia i samodzielnego myślenia, a nie tylko odtwarzania wiedzy.
Jednocześnie uczniowie jasno wskazują, które elementy nauki są dla nich najbardziej wymagające — to cenna informacja, bo pozwala lepiej dopasować metody nauczania i wsparcia.
Duże znaczenie mają czynniki pozamerytoryczne: brak czasu, stres oraz trudności w planowaniu nauki. To oznacza, że problem nie leży wyłącznie w wiedzy, ale także w organizacji pracy i dobrostanie psychicznym uczniów.
Ważnym wnioskiem jest również to, że uczniowie potrzebują bardziej ukierunkowanego wsparcia edukacyjnego — zarówno w zakresie tłumaczenia trudnych treści, jak i w rozwijaniu umiejętności uczenia się. To chyba ciągle dość zaniedbany obszar w edukacji szkolnej, na który warto zwracać częściej uwagę (i organizować różne aktywności) nie tylko w rocznikach kończących szkołę.
Porównanie procesów przygotowań do egzaminu ósmoklasisty i matury pokazuje, że choć poziom trudności jest różny, to wiele wyzwań się powtarza — szczególnie w obszarze stresu i zarządzania nauką. Zarówno młodsi, jak i starsi uczniowie wskazują te same kluczowe obszary trudności: rozumienie materiału, jego zastosowanie oraz organizację nauki. Różnica polega głównie na skali trudności i poziomie samodzielności wymaganym na egzaminie.
Raport. Wyzwania uczniów w przygotowaniach do egzaminu ósmoklasisty i matury. Analiza na podstawie odpowiedzi konkursowych uczniów – TUTAJ
Źródło: www.edunews.pl
Skoro dzisiaj odbył się kolejny egzamin maturalny – z matematyki, także i na OE jest to temat dnia. Zacznę od fragmentów tekstu z portalu „Strefa Edukacji”, zatytułowanego dość pesymistycznie:
„Widzimy się w sierpniu”. Matematyka nie zostawiła maturzystom złudzeń
[…]
Na maturze z matematyki nie ma miejsca na interpretację i lanie wody. Tu rządzi konkretny wynik. To właśnie ta jednoznaczność sprawia, że po wyjściu z sal egzaminacyjnych wybucha prawdziwa burza, a maturzyści gorączkowo porównują odpowiedzi w poszukiwaniu potwierdzenia swoich racji.
Choć arkusz trzymał się sztywno podstawy programowej, dla wielu uczniów starcie z „podchwytliwą” treścią okazało się emocjonalnym rollercoasterem. [….]
Maturę z matematyki ocenił dla nas Mateusz Gawlik – wyróżniony absolwent Akademii Górniczo-Hutniczej, wieloletni nauczyciel matematyki i założyciel GAWLIK – Krakowskiej Szkoły Korepetycji. Laureat tytułu Nauczyciel Roku Polskich Szkół Ponadpodstawowych 2024, autor publikacji z zakresu matematyki, aktywny doradca ds. jakości kształcenia i uczestnik debaty edukacyjnej.
–Tegoroczny arkusz mógł zaskoczyć maturzystów nieco innym niż zazwyczaj podziałem punktów za poszczególne obszary wiedzy. Zadanie optymalizacyjne – będące pewniakiem zazwyczaj za 4 albo 5 punktów tym razem ograniczone zostało do dwóch pytań testowych. Stresujący mógł okazać się również (co prawda bardzo prosty ale jednak ) dowód geometryczny – skomentował Mateusz Gawlik.
To nie wszystko.
–Nie zabrakło oczywiście klasyki jak nierówność kwadratowa, albo procenty i prawa działań na logarytmach, które spokojnie gwarantowały wraz z kilkoma innymi typowymi i schematycznymi zadaniami przeskoczenie progu zdawalności. Uzyskanie wyniku trzycyfrowego mogło jednak stanowić spore wyzwanie nawet dla osób celujących wysoko na zbliżającym się poziomie rozszerzonym – podsumował ekspert. […]
Cały tekst „Widzimy się w sierpniu”. Matematyka nie zostawiła maturzystom złudzeń” – TUTAJ
Źródło: www.strefaedukacji.pl
x x x
Drugim materiałem będzie plik z YouTube – także w związku z maturami.
Nie wiedziałbym o tym, gdyby nie post na fb-profilu „Marcin Józefaciuk – Twój Poseł”:
A oto plik z nagraniem tego wywiadu
Wyciek arkuszy maturalnych. Piechna-Więckiewicz: rozważamy zawiadomienie do prokuratury – plik YoyTube (22’03”) – TUTAJ
:
Dawno nie zamieszczałem materiałów z fb-profilu dr Marzeny Żylińskiej. Dzisiaj śpieszę z krótką wypowiedzią i informacją o warsztatach metodycznych n.t. kompetencji relacyjnych nauczyciela:
Kompetencje relacyjne to fundament efektywnej nauki. Im więcej narzędzi, tym łatwiej tworzyć z uczniami i ich rodzicami dobre relacje. Jeśli chcielibyście uzupełnić swoją skrzynkę z narzędziami, to tylko do jutra obowiązuje…
Obejrzyj i wysłucha (2’47”) – TUTAJ
x x x
Więcej informacji i zapisy – TUTAJ
Źródło: www.facebook.com/marzena.zylinska
Oto fragmenty (wraz z linkami do ich pełnych wersji) dwu tekstów: Pierwszy – o charakterze informacyjnym „tu i teraz”, drugi – zawierający ogólniejsze refleksje dotyczące istoty tego egzaminu i systemu edukacji szkolnej, której jest on zwieńczeniem:
Matura 2026 z polskiego. Egzaminatorka: Oba tematy można ograć „Lalką”
Jak maturę z polskiego napisałyby polonistki i egzaminatorki? Wokulski i Rzecki pasują do pierwszego tematu maturalnej rozprawki. A do drugiego? Też Wokulski, ale dopasować można i Łęcką. Znowu „Lalka” może zdominować wypracowania maturzystów.
W tym roku zaskoczeń na maturze z polskiego nie było. – Oba tematy maturalne można ograć „Lalką” Bolesława Prusa – komentuje wieloletnia egzaminatorka maturalna i polonistka z Piły Katarzyna Włodkowska, znana w sieci jako „Facetka od Polaka”.
Maturzyści mogli w tym roku wybrać temat rozprawki związany z wątkiem pracy: „Wpływ pracy na człowieka i na otaczającą go rzeczywistość”. Drugi, bardziej filozoficzny, brzmiał: „Kiedy dla człowieka jest ważne, jak postrzegają go inni”.[…]
– Było w miarę łatwo, chociaż na teście były ciężkie zadania z lekturami. Pojawiły się takie, których się nie spodziewałem, jak „Pieśń o Rolandzie”. Notatka syntetyzująca na bazie dwóch tekstów banalna. Wystarczyło raz przeczytać. A na rozprawkę wziąłem pierwszy temat. Niby „Lalka” pasowała, ale najbardziej Rzecki, postać drugoplanowa. Nie chciałem pomylić się w szczegółach, więc wziąłem „Inny świat”. I odwołałem się też do książki, która nie jest lekturą. To autobiografia ultramaratończyka Davida Gogginsa „Nic mnie nie złamie”. To pamiętam dobrze, więc powinno być ok – opowiada Maciek, maturzysta z Białegostoku. […]
Na co warto było zwrócić uwagę przy pierwszym temacie? „Facetka od Polaka” podkreśla, że składa się on z dwóch części: „wpływ pracy na człowieka” i „na otaczającą go rzeczywistość”. I to należy w pracy pokazać. Ale najpierw teza. – We wstępie wyjaśniłabym, czemu służy praca, jaką może mieć wartość dla człowieka, jak jest postrzegana w tekstach kultury. Powiedziałabym, że praca wpływa pozytywnie na człowieka, o ile ma do niej dystans. I że zmienia otaczająca go rzeczywistość – mówi Włodkowska.
Z kolei Hanna Domosławska-Pomian, polonistka z LO w Giżycku, formułuje tezę w taki sposób: – Praca wyznacza poczucie wartości, organizuje życie, konsoliduje środowisko lokalne, nadaje życiu sens.
Jakich bohaterów wybrać do tego tematu? Oczywiście z „Lalki”. – Można byłoby wybrać wielu bohaterów, ale ja wybrałabym pewnie Ignacego Rzeckiego, który był tytanem pracy. Od rana do wieczora pracował w sklepie u Stanisława Wokulskiego. Ta praca była dla niego sensem życia, jakimś remedium na samotność i starokawalerstwo. W kontekście epokowym praca Rzeckiego jest wartością, bo jest użyteczna dla społeczeństwa. Ten utylitaryzm był jednym z haseł pozytywizmu. I światopogląd pozytywizmu byłby moim kontekstem – mówi Katarzyna Włodkowska.[…]
Drugi temat rozprawki bardziej skomplikowany
Obie polonistki zgadzają się, że drugi temat („Kiedy dla człowieka jest ważne, jak postrzegają go inni„) nie jest tak oczywisty.Katarzyna Włodkowska znowu przywołuje „Lalkę”. – Wskazałabym to, jak źle postrzegany był Wokulski przez mieszczaństwo i arystokrację. Odwołałabym się do fabrykanta powozów Deklewskiego i radcy Węgrowicza, którzy są wobec niego bardzo złośliwi i cyniczni. A ich opinia była istotna dla Wokulskiego – przez jej pryzmat budował poczucie własnej wartości – mówi.
Z kolei Hanna Domosławska-Pomian proponuje wykorzystać historię Wokulskiego przez pryzmat Izabeli Łęckiej. – Kiedy w grę wchodzi uczucie, kwestia postrzegania przez innych zaczyna być bardzo ważna. Nie tylko przez ukochaną osobę, ale też jej środowisko. Stanisław Wokulski bardzo dba o to, by arystokracja postrzegała go dobrze, chciałby być przez nich akceptowany w kontekście swojego uczucia do Izabeli Łęckiej. I nie zdaje sobie do końca sprawy, że to szklany sufit, którego nie jest w stanie przebić, mimo swoich starań. Zresztą sama Łęcka dba również o swój wizerunek wśród arystokratów. To też można wykorzystać – mówi polonistka. […]
Cały tekst „Matura 2026 z polskiego. Egzaminatorka: Oba tematy można ograć ‘Lalką’” – TUTAJ
Źródło: www.wyborcza.pl
x x x
Matura zamiast rozwijać, ogranicza. Uczniowie uczą się schematów, nie myślenia
Matura miała być jednym z najbardziej obiektywnych egzaminów w systemie edukacji – takim, który w równy sposób ocenia wszystkich uczniów, niezależnie od szkoły i nauczyciela. Dziś coraz trudniej jednoznacznie powiedzieć, co właściwie sprawdza. W praktyce coraz częściej sprowadza się do odtworzenia wiedzy i dopasowania się do klucza, zamiast weryfikacji realnych kompetencji.[…]
Wątpliwości dotyczą nie tylko samej konstrukcji egzaminu, ale także jego dopasowania do zmieniającej się rzeczywistości szkolnej. Nauczyciele zwracają uwagę, że rośnie liczba uczniów ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi, a jednocześnie arkusze coraz częściej opierają się na rozbudowanych zadaniach tekstowych.
– Mamy dziś zdecydowanie więcej uczniów ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi i różnego rodzaju trudnościami. W takiej sytuacji rozbudowane zadania tekstowe, które coraz częściej pojawiają się na maturze z chemii czy biologii, nie sprzyjają osiąganiu dobrych wyników. To jednak nie oznacza, że powinniśmy upraszczać egzamin do poziomu „pokoloruj atom”. Chodzi raczej o znalezienie rozsądnej równowagi. [wyjaśnia dr Dudek-Różycki.]
Coraz częściej pojawia się też zarzut, że matura nie rozwija samodzielnego myślenia, a wręcz je ogranicza. Uczniowie uczą się przede wszystkim tego, jak „trafić w klucz”, zamiast analizować, wnioskować czy formułować własne opinie.
– Brakuje zadań, które pozwalałyby sprawdzić poziom myślenia, wnioskowania czy zdolności oceny zjawisk. Polecenia są skonstruowane tak, że właściwie wszystko podawane jest uczniowi na tacy. Rozumienie pojęć jest doprecyzowywane dopiero przy publikacji kryteriów, co sprawia, że uczniom trudno przygotować się do egzaminu, ale egzaminatorom w Centralnej Komisji Egzaminacyjnej łatwiej w razie potrzeby obniżać wymagania i manipulować wynikami –mówiła dr Joanna Dobkowska, polonistka, pedagog, kulturoznawca, w rozmowie z Magdaleną Konczal.
W praktyce oznacza to odejście od sprawdzania rzeczywistych kompetencji na rzecz testowania umiejętności dopasowania się do konkretnego schematu. Uczeń nie musi samodzielnie interpretować zjawisk czy budować argumentacji – wystarczy, że rozpozna oczekiwaną formę odpowiedzi i wpisze się w przyjęty klucz. To z kolei prowadzi do sytuacji, w której przygotowanie do matury coraz częściej polega nie na pogłębianiu wiedzy, ale na ćwiczeniu powtarzalnych strategii egzaminacyjnych.
Taki model egzaminu ma swoje konsekwencje także poza samą maturą. Ogranicza rozwój samodzielnego myślenia, zniechęca do wychodzenia poza schemat i utrwala przekonanie, że najważniejsze jest „trafienie w odpowiedź”, a nie zrozumienie problemu. W efekcie egzamin, który miał weryfikować poziom wykształcenia absolwentów, coraz częściej sprawdza jedynie ich zdolność do poruszania się w ramach ściśle określonych reguł. […]
Problem nie sprowadza się wyłącznie do samego egzaminu, ale do szerszego pytania o to, czego właściwie powinna wymagać szkoła i jak przygotowywać uczniów do dalszej edukacji i życia zawodowego. Spór nie dotyczy więc tylko formy matury, ale także granicy między realnym sprawdzaniem kompetencji a dostosowywaniem wymagań do możliwości uczniów.
W tym kontekście pojawia się pytanie o spójność całego systemu oceniania – nie tylko na poziomie matury, ale także wcześniejszych etapów edukacji. Wskazuje się, że źródła problemu mogą sięgać znacznie wcześniej, a sam egzamin maturalny jest jedynie jego konsekwencją.
– Powinniśmy się zastanowić, czy sytuacja, w której najpierw oferujemy uczniom stosunkowo łatwy egzamin ósmoklasisty i stopniowo obniżamy wymagania na wcześniejszych etapach edukacji, a potem konfrontujemy ich z bardzo wymagającym egzaminem maturalnym, jest w ogóle zasadna. W mojej ocenie – nie. Dlatego uczniowie powinni otrzymywać wcześniej rzetelną diagnozę swoich możliwości – dr Karol Dudek-Różycki.
Jeśli kolejne etapy nauki nie przygotowują uczniów do realnych wymagań egzaminu końcowego, trudno oczekiwać, że matura będzie pełnić funkcję rzetelnego i miarodajnego sprawdzianu. W efekcie zamiast spójnego systemu oceniania powstaje konstrukcja, w której wymagania są rozłożone nierównomiernie, a sam egzamin końcowy staje się dla wielu uczniów momentem nagłej, często zaskakującej weryfikacji.
Cały tekst „Matura zamiast rozwijać, ogranicza. Uczniowie uczą się schematów, nie myślenia” – TUTAJ
Źródło: www.strefaedukacji.pl
Dziś pierwszy dzień tegorocznych egzaminów maturalnych
Ale nie matura, lecz ciągłego uczenia się chęć szczera
Zrobi z ciebie reportera/menedżera/trenera/.
Ta parafraza powojennego hasła „Nie matura lecz chęć szczera, Zrobi z ciebie oficera” niech uzasadni dlaczego właśnie dzisiaj zamieszczam poniższy tekst:
A jest to , oczywiście, tekst z bloga „Profesorskie Gadanie” – bez skrótów, bo każdy jego fragment jest ważnym elementem profesorskiego przesłania:
Dlaczego nauka przez całe życie i małymi porcjami?
Dlaczego? Bo tak naprawdę nie wymyślamy niczego nowego tylko wracamy do tego, co dla Homo sapiens było naturalne od zawsze. Zanim powstały szkoły, zanim ktoś wpadł na pomysł, by usadzić ludzi w ławkach i uczyć ich według jednego programu, człowiek uczył się nieustannie: od starszych, od rówieśników, na własnych błędach, obserwując przyrodę i innych ludzi. Wiedza była jak chleb, zdobywana codziennie, w małych kawałkach, w rytmie codziennego życia. Dopiero później przyszła epoka wielkich instytucji, które próbowały zamknąć proces uczenia w sztywnych ramach: od września do czerwca, od pierwszej lekcji do ostatniej, od podstawówki do dyplomu. Szkoła średniowieczna i szkoła epoki przemysłowej były niewątpliwym sukcesem i umożliwiały rozwój społeczny. To uporządkowanie w klasach i programach dało dobry efekt. Ale czas spędzony w ławach szkolnych systematycznie się wydłużał. Już nie trzy klasy, nie 7 klas ale 12 lat nauki dla większości populacji a potem nawet 17 lat dla blisko połowy. Jeśli doliczyć studia doktoranckie to wychodzi 21 lat nieustannej nauki w systemie szkolnym.
Dziś te ramy pękają. Świat przyspieszył tak bardzo, że nie da się już raz nauczyć i mieć „spokój” do emerytury. Kiedyś wystarczyło opanować jeden fach. Wystarczyło nauczyć się szyć buty, lepić garnki, uczyć jednego przedmiotu. I do końca swego życia i można było z tego żyć. Adaptacje były znikome. Prawie nic się nie zmieniało. Teraz jest tak, jakby ktoś z zapałem opanował sztukę robienia lamp naftowych. Piękna umiejętność, ale praktycznie muzealna. Produkt dla kolekcjonerów. Zawody znikają, technologie się zmieniają, a to, co dziś jest oczywistością, jutro może być anachronizmem. Dlatego kompetencją XXI wieku nie jest już wiedza sama w sobie lecz umiejętność uczenia się. Szybkiego uczenia się i adaptacji do nowych warunków. I to uczenia się poza tradycyjną szkołą.
A skoro uczymy się przez całe życie, to nie możemy robić tego tak, jakbyśmy mieli znowu 15 lat i wolne popołudnia. Całego życia nie da się spędzić w szkole a potem na uniwersytecie. Dlatego potrzebujemy nauki w małych porcjach, tak jak aktualizacji oprogramowania w komputerze czy smartfonie. System działa, ale co jakiś czas wymaga drobnej poprawki, łatki, usprawnienia. Nie resetu, czy formatowania dysku, tylko regularnych i niewielkich uzupełnień. Czasem odinstalowujemy niepotrzebne aplikacje i dodajemy zupełnie nowe. Podobnie działa współczesna edukacja: mikrokursy, mikropoświadczenia, krótkie szkolenia, szybkie certyfikaty, moduły, lektury książek czy tylko krótkie teksty w social mediach. Małe porcje, które daje się wpleść w codzienne życie i codzienne obowiązki. Aż do późnej starości. Bo inaczej nie kupimy biletu ani nie dokonamy operacji bankowej.
Potrzebujemy kopernikańskiego przewrotu w edukacji. Nie kosmetycznej reformy, nie kolejnej zmiany podstawy programowej lecz zmiany sposobu myślenia i działania. Edukacja nie jest już linią prostą, którą przechodzi się od punktu A do punktu B. Bardziej jest jak wchodzenie po schodach na wysoką wieżę. Jest więc raczej spiralą, do której wracamy wielokrotnie, za każdym razem z innym doświadczeniem i innymi potrzebami. Tak jak w cyklu Kolba. I ta zmiana już się dzieje. Buduje się oddolnie, organicznie, w rytmie życia, a nie ministerialnych rozporządzeń. Bo naturalnego procesu nie da się ani uruchomić lub zatrzymać, ani słowami, ani dekretami.
Sztuka polega na tym, by płynąć z nurtem rzeki, a nie próbować zawracać Wisły kijem, by popłynęła z Warszawy do Krakowa zamiast do Gdańska. W Krakowie ta wiślana woda już była. Teraz płynie dalej, tak jak my, którzy uczymy się nie dlatego, że ktoś każe, ale dlatego, że świat nieustannie nas do tego zaprasza. Czasem uczymy się z czystej, ludzkiej ciekawości. To szanse i zagrożenia jednocześnie. I jeśli odpowiadamy na to zaproszenie małymi krokami, regularnie, z ciekawością, to właśnie wtedy nauka staje się nie obowiązkiem, lecz naturalną częścią życia. Tak jak u naszych przodków mieszkających w jaskiniach i kamiennymi pięściakami czyszczących skóry zwierząt.
A gdyby tak uniwersytety odpowiedziały na to wyzwanie? Gdyby popłynęły z nurtem współczesnych zmian? Gdyby w pełni odpowiedziały na społeczne zapotrzebowanie? To co by się stało?
Źródło: www.profesorskiegadanie.blogspot.com/
O tym, że edukacja obywatelska jest tak samo ważna w ogólniaku, jak i w branżówce
Nie mogę nie rozpocząć tego eseju od „rozliczenia” wiodącego tematu poprzedniego eseju „Niespodziana deklaracja Nowackiej na Europejskim Kongresie w Katowicach i jej konteksty”. Na kluczowe pytanie „odwoła czy nie odwoła do końca kwietnia?” – Premier Tusk Ministrę Nowacką, znamy już odpowiedź. Wszak jest już trzeci dzień maja i „na Szucha bez zamian”. Jednak nadal zastanawiająca jest tz zaskakująca wypowiedź Nowackiej, która zapytana podczas jej obecności na Europejskim Kongresie Gospodarczym w Katowicach o realizacię żądania ZNP powiązania wysokości wynagrodzeń nauczycieli z niezależnym wskaźnikiem przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce, po latach uników zadeklarowała, że „…doprowadzimy taki projekt do końca, tak żeby nauczyciele mieli powiązane wynagrodzenie ze wskaźnikami gospodarczymi.”
Natomiast po tygodniu doszedłem do wniosku, że powodem wygłoszenia tego oświadczenia nie był żaden z tych trzech wymienionych w tamtym eseju, lecz wykorzystanie okazji do publicznego zaprezentowania się jako „władza, która słucha suwerena”, ale bez gwarancji dotrzymania obietnicy. Wszak to nie ona jest w tej materii decydencką – to rząd i większość parlamentarna…
A teraz o tym, co dziś uznałem za warte skomentowania. Po przeglądzie wydarzeń i tematów, poruszanych w mediach wybrałem problem, unaoczniony przez Anetę Derdę w tekście „Edukacja obywatelska w szkołach branżowych”, który z bloga CEO zamieściłem we wtorek 28 kwietnia.
Dlaczego akurat o tym? Bo to jest „bliski mi tekst” – jak napisałem we wprowadzeniu do tego materiału. Znający moją biografię wiedzą, że po szkole podstawowej byłem uczniem 3-letniej Szkoły Rzemiosł Budowlanych, jak przez kilka lat nazywana była ta szkoła kształcąca murarzy i tynkarzy, przez następne dziesięciolecia określana zasadniczą szkołą zawodową. Jak wiemy – za kadencji ministry Anny Zalewskiej – od 1 września 2017 r. – zasadnicze szkoły zawodowe zostały przekształcone w 3-letnie branżowe szkoły I stopnia.
Wszyscy znający jak ten świat jest urządzony wiedzą, że zastąpienia szyldu z nazwą „Zasadnicza Szkoła Zawodowa” szyldem „Szkoła Branżowa I stopnia” nie sprawi, że ten typ szkoły przestanie być traktowany jak „szkoła ostatniego wyboru, a o jej uczniu nie będzie się mówiło jak o kimś „przegranym”. Tak jak zamiana słowa „prostytutka” określeniem „kobieta lekkich obyczajów” nie sprawi, że zajęcie którym owa kobieta się zajmuje stanie się szanowaną powszechnie profesją.
I właśnie fakt, że najpierw sam byłem takim „przegranym”, a po latach kierowałem zespołem szkół zawodowych, którego częścią była zasadnicza szkoła zawodowa, każe mi napisać o tym, jak ja widzę ten problem. A widzę podobnie jak Aneta Derda – że nic się w społecznym sytuowaniu szkół branżowych nie zmieniło. Oto cytaty z jej tekstu:
W uczniach szkół branżowych (samorządy – WK) widzą głównie pracowników lub przedsiębiorców, rzadziej aktywnych obywateli, a niemal nigdy – społeczników i aktywistów. Pomimo wprowadzania kolejnych reform edukacji takie stereotypy i autostereotypy nie znikają. Dochodzi następny – szkoły branżowe są miejscem mniej prestiżowym niż te ogólne, utarło się, że trafiają tam uczniowie uczący się słabiej. A skoro system postrzega tę szkołę jako mniej wartościową, to nie widzi potrzeby inwestowania tam w kapitał społeczny i obywatelski. […]
Kultura pracy szkoły może oscylować między mocno hierarchiczną (wręcz przemocową), a demokratyczną i opartą o partycypację uczniowską.[…] Bez właściwie podanej edukacji obywatelskiej, trudno będzie młodzieży wypracować otwartą postawę na dyskusję i różnorodność, a także na poczucie odpowiedzialności za otoczenie oraz chęć działania na rzecz innych osób i środowiska. Przełoży się to na ich dorosłe życie i obywatelskie decyzje. Także na to, jakie warunki pracy przyjmą albo sami będą stwarzać jako przyszli pracodawcy.[…]Formuła eseju nie pozwala na obszerne wywody i prezentację moich przemyśleń i wniosków dotyczących roli, jaką mogłyby ( powinny) te szkoły odegrać – nie tylko w przygotowywaniu kadr do pacy w t.zw. „zawodach robotniczych”, ale także w zdobywaniu doświadczeń w partycypowaniu w podejmowaniu decyzji o tym co i jak dzieje się „tu i teraz” – w tej ich „malej ojczyźnie”, którą w okresie owych trzech lat stała się dla nich szkoła branżowa.
W pełni się zgadzam, że nie wystarczy, nawet najdoskonalej, realizować zawartą w 47-stronicoym rozporządzeniu podstawę programową przedmiotu edukacja obywatelska, ale trzeba codziennym doświadczaniem szkolnych sytuacji tworzyć warunki do „trenowania” postaw i umiejętności funkcjonowania w demokratycznym społeczeństwie obywatelskim. Krócej to ujmując – ważniejsze od zaliczanej na stopień wiedzy z przedmiotu jest funkcjonowanie w szkole, w której, nie fasadowo, realizowane soą zasady szkolnej demokracji.
O tym że to jest możliwe, i że to się sprawdza, wiem z własnego doświadczenia. Jako dyrektor ”Budowlanki” już w połowie lat dziewięćdziesiątych zadbałem o to, aby samorząd uczniowski był współuczestnikiem decyzji, nie tylko ich dotyczących, ale także w sprawach funkcjonowania szkoły jako środowiska społecznego, oczywiście z wyłączeniem spraw zastrzeżonych do kompetencji rady pedagogicznej. Także wtedy – z inicjatywy uczniów – funkcja przewodniczącego samorządu szkolnego została nazwana „prezydentem samorządu”, a także jego wybór przebiegał na wzór wyborów prawdziwego prezydenta: ze zgłaszaniem kandydatów, prezentowaniem ich programów, powołaniem komisji wyborczej i przeprowadzeniem tajnych wyborów. A o pracy Sejmu mogli się dowiedzieć „pierwszej ręki”, bo zaprosiłem na spotkanie z uczniami łódzkiego posła, który – bez agitacji za swoją partią – opowiadał im o sejmowych procedurach stanowienia prawa. I odpowiadał na wiele uczniowskich pytań…
Że to miało sens mogłem się przekonać po latach, kiedy spotykałem absolwentów „mojej” szkoły w roli radnych Rady Miasta i Sejmiku Wojewódzkiego, także jako przewodniczących komisji, a nawet jeden z nich został komisarycznym prezydentem Łodzi, kiedy w wyniku referendum odwołany został poprzedni prezydent Jerzy Kropiwnicki.
Reasumując – edukacja obywatelska, nie zawężona jedynie do przedmiotu, jest tak samo ważna w liceum ogólnokształcącym, jak i w „branżówce”! A to nie tylko dlatego, ze nigdy nie można przewidzieć jak potoczą się dalsze losy dzisiejszych jej uczniów, ale przede wszystkim dlatego, aby w przyszłości nie stali się łatwym łupem agitatorów z populistycznych, antyeuropejskich partii, walczących „za wszelką cenę” o glosy wyborców…
Włodzisław Kuzitowicz
Z kilkudniowym opóźnieniem udostępniam, bez skrótów, tekst Jarosława Pytlaka, zamieszczony na blogu „Wokół Szkoły” 28 kwietnia. Przyznam się, że oczekiwałem na reakcję na to „wyznanie” ze strony innych bywalców Internetu, aktywnych w obszarze oświaty. Ale, jak dotąd, nie udało mi się ni na żaden taki komentarz natrafić. Przeto już dłużej nie zwlekam – tekst powinien zostać szeroko upowszechniony:
Nie ma w słowniku ludzi kulturalnych słów…
28 kwietnia ministra Nowacka pochwaliła się w mediach społecznościowych: „Dziś odbyło się pierwsze czytanie projektu ustawy o prawach i obowiązkach ucznia”. Mowa o 45 stronach pełnych prawniczego żargonu, na których zapisano powołanie do życia kolejnej biurokratycznej struktury w systemie edukacji, jaką ma być instytucja Rzecznika Praw Uczniowskich. Obligatoryjna na szczeblu krajowym, wojewódzkim oraz szkolnym. W istocie ustawa ta stanowi kolejny krok w kierunku paragrafizacji systemu edukacji – uczynienia z placówki oświatowej urzędu uwikłanego w dziesiątki procedur, mających w założeniu chronić dzieci i młodzież przed złą wolą i nieudolnością pedagogów. Poszerzy ona tylko pole, na którym ścierać się będą racje rodziców i nauczycieli, już teraz bardzo odległe i często rodzące konflikty.
Napiszę bez ogródek – ta ustawa stanowi gwóźdź do trumny dla jakichkolwiek nadziei na wsparcie szorującego po dnie autorytetu szkoły w społeczeństwie. Zapewne spotka się z uznaniem osób przekonanych o opresyjnym charakterze tej instytucji, braku kompetencji i dobrej woli nauczycieli, ale jej podstawowym skutkiem będzie dalsza ewolucja relacji opartych na (jednak) autorytecie nauczyciela w kierunku szermierki prawnej między dorosłymi, której dzieci będą świadkami lub, co gorsza, uczestnikami. Podaję tu link do projektu ustawy (w wersji, w jakiej trafił do sejmu) – proszę sobie poczytać i przekonać się, że to kolejna sterta biurokratyczno-legislacyjnej mierzwy, którą urzędnicy próbują sformatować funkcjonowanie społeczeństwa. Tyle mojego zdania, które zapisuję bez nadziei, że na cokolwiek wpłynie, jedynie jako kolejny przyczynek do debaty, dlaczego szkoła w obecnej wersji staje się miejscem nie do życia, z coraz większą niechęcią traktowanym przez
x x x
Na marginesie powyższego podejmę tutaj jeszcze jeden wątek. Otóż wprowadzając kolejną biurokratyczną strukturę rzeczników praw uczniowskich, w dokumencie zatytułowanym „Ocena skutków regulacji” (OSR) opisano przewidywany koszt jej utrzymania na poziomie krajowym i wojewódzkim. Trzeba uczciwie przyznać, niewielki – marne kilka milionów złotych rocznie; więcej chyba zarobią w tym czasie prawnicy wynajmowani przez rodziców pokrzywdzonych dzieci oraz nauczyciele broniący się przed oskarżeniami (co symptomatyczne, w drugą stronę to nie będzie działać – prawda?!). Jako że jednak w polskiej oświacie mamy sezon na bezkosztowość, wymyślono, że na poziomie szkoły rzecznikiem praw uczniowskich będzie z urzędu opiekun samorządu szkolnego. W związku z tym w OSR stanęło jak byk: „Z uwagi na połączenie stanowisk szkolnych rzeczników praw uczniowskich z opiekunami samorządu uczniowskiego brak będzie wydatków płynących z projektowanej ustawy na szczeblu szkolnym”. I jest to coś, na co nie ma w słowniku ludzi kulturalnych słów, które mogłyby dostatecznie obelżywie określić działanie władzy oświatowej.
W tej chwili opiekun samorządu uczniowskiego nie ma ustawowego zakresu obowiązków. Art. 85 Prawa Oświatowego stanowi tylko, że samorząd ma prawo wyboru nauczyciela pełniącego funkcję jego opiekuna. Nie ma też żadnych zasad wynagradzania za tę funkcję. W niektórych placówkach taka osoba może otrzymać dodatek motywacyjny, ale jest to wyłącznie kwestia dobrej woli dyrektora i możliwości finansowych danej placówki.
Nowa ustawa wprowadza konkretne zadania, a mianowicie:
1)monitorowanie stanu przestrzegania praw uczniowskich w szkole lub placówce, w której działa;
2)upowszechnianie wiedzy na temat praw i obowiązków uczniowskich oraz współpraca w tym zakresie z organami szkoły lub placówki, w której działa;
3)wspieranie członków społeczności szkolnej w działaniach, o których mowa w ust. 2;
4)współpraca z Krajowym Rzecznikiem oraz właściwymi terytorialnie wojewódzkim rzecznikiem i właściwym gminnym rzecznikiem albo powiatowym rzecznikiem – jeżeli został powołany, w zakresie, o którym mowa w pkt 2 i 3;
5)przyjmowanie i rozpatrywanie skarg dotyczących naruszenia praw uczniowskich składanych w interesie:
a)publicznym, w szczególności w sprawach związanych z działalnością szkoły lub placówki, w której działa szkolny rzecznik,
b)indywidualnym lub na rzecz osoby trzeciej, za jej zgodą – w przypadku gdy skarga dotyczy naruszenia praw uczniowskich w szkole lub placówce, w której działa szkolny rzecznik, albo gdy skarga została przekazana zgodnie z właściwością przez inny organ ochrony praw uczniowskich na podstawie art. 42f ust. 4 pkt 3;
6)umożliwienie anonimowej formy kontaktu uczniów szkoły lub placówki, w której działa szkolny rzecznik, ze szkolnym rzecznikiem oraz upowszechnienie informacji o tej formie kontaktu przez zamieszczenie jej na stronie internetowej tej szkoły lub placówki lub w inny sposób zwyczajowo przyjęty w tej szkole lub placówce.
Oto więc pracujący co do zasady pro bono opiekun samorządu otrzyma bogaty zestaw zadań, wymagających poświęcenia dużej ilości czasu, a także – co możliwe – wikłających go w sytuacje stresowe, związane z koniecznością przyjmowania i rozpatrywania skarg. I ma to nadal robić pro bono!
Powtórzę raz jeszcze: nie ma w słowniku ludzi kulturalnych słów, które mogłyby dostatecznie obelżywie określić to, co w tej ustawie chce zrobić ministra Nowacka!
Po raz kolejny czuję się upokorzony przez formację polityczną, którą poparłem w wyborach, bo obiecywała nową jakość w polityce. Jest bowiem dla mnie upokarzające liczenie na to, że weto prezydenta, reprezentującego obcy mi obóz polityczny, wyśle ten bubel prawny w kosmos!
Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl/blog/
Moje wspomnienia w dniu 1. Maja – głównie nie o pierwszomajowych pochodach
Data 1 maja wywołuje u mnie dwa skojarzenia: pochody pierwszomajowe w peerelowskich latach mojej młodości oraz wczesnej dorosłości, ale i dzień wstąpienia Polski do Unii Europejskiej. Mając świadomość, że czytają te moje teksty ludzie w różnym wieku (i z różną pamięcią) postanowiłem dzisiaj przypomnieć te dwie okazje.
Pierwszym jest, nieomal odruchowe, wspomnienie pochodów pierwszomajowych. Nie mam żadnych prywatnych zdjęć, aby zilustrować jak one się prezentowaly i jaki był ich „wydźwięk ideowy”, przeto posłużę się fotką z archiwum „Dziennika Łódzkiego”:
Więcej zdjęć – TUTAJ
W mojej pamięci pochody te utrwaliły się jako wspomnienie z dwu okresów mojej w tym dniu aktywności. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku byłem ich uczestnikiem jako instruktor ZHP, która to organizacja młodzieżowa musiała wystawiać w nich swoją reprezentację. Nie mam w domowym archiwum zdjęć z tego okresu, więc zilustruję to zdjęciem zaczerpniętym z Internetu:
Jako osoba już w tej organizacji niezrzeszona także kilkakrotnie byłem uczestnikiem tych pochodów – już w roli pracownika naukowo-dydaktycznego Uniwersytetu Łódzkiego. Ostatni raz uczestniczyłem w takim przemarszu ulicą Piotrkowską 1 maja 1981 roku wraz z moim, wtedy ośmioletnim, synkiem. Szliśmy wtedy z flagę biało czerwoną, którą zabrałem do domu – wywieszałem ją przez wiele lat na balkonie, ale nie 1. a 3. maja. Niestety – zaginęła gdzieś fotka, dokumentująca to ,historyczne, wydarzenie.
Ale po trzykroć wolę dzisiejszą datę łączyć z dniem wejścia Polski do Unii Europejskiej. I dlatego wszystkim, którzy tego dnia nie pamiętają (lub nie chcą pamiętać), albo nie mogą pamiętać – bo byli za mali, przywołam dziś kilka faktów, poprzedzających ten dzień.
Aby mógł on nastąpić musieliśmy, my dorośli obywatele Rzeczpospolitej Polskiej, wypowiedzieć się „za” czy „przeciw” – w referendum. Odbyło się ono w dniach 7-8 czerwca 2003 roku. Polacy opowiedzieli się w nim za członkostwem w UE: 13 516 612 (77,45%) głosów było na „tak”, a tylko 3 936 012 (22,55%) głosowało na „nie”. Jako że w referendum uczestniczyło 58,85% uprawnionych do głosowania – referendum było wiążące z dniem 1 maja 2004 roku Polska stała się członkiem Unii Europejskiej.
Ale zanim ten dzień nadszedł, patronowałem – w kierowanej przeze mnie „Budowlance” – projektowi edukacyjnemu „Żyjemy w Europie”, którego intencją było przygotowanie uczniów do wejścia Polski do Unii Europejskiej. Finałem projektu był konkurs „Znaszli ten kraj, czyli z UE na ty…” , w którym uczestniczyły reprezentacje klas. Polegał on na tym, że każda klasa wylosowała jedno z 15-u państw należących do Unii i podczas finału konkursu musiała zainscenizować kilka charakterystycznych dla tego państwa scenek, pieśni i zwyczajów. Impreza odbyła się w sali gimnastycznej – wszyscy świetnie się bawili i wyszli bogatsi w wiedzę o naszych przyszłych partnerach. Powstał także Szkolny Klub Europejski. Owocem tych działań było otrzymanie z rąk wojewody certyfikatu „Wolontariusza Europejskiego”.
I dlatego 1 maja 2024 roku mogłem, wraz z liczną reprezentacją nauczycieli i uczniów naszej szkoły uczestniczyć w fetowaniu na głównych ulicach naszego miasta tej donioslej chwili, jaką był pierwszy dzień członkowstwa Polski w Unii Europejskiej.
Znając mnie – nie zdziwicie się, że w tym miejscu przywołam, dla porządku, dwa fakty, które musiały mieć miejsce, zanim to stało się możliwe.
Źródło: https://commons.wikimedia.org/
Oto zdjęcie wykonane 23 lipca 2003 roku podczas uroczystości podpisania dokumentu ratyfikacji Traktatu dotyczącego przystąpienia Rzeczypospolitej Polskiej do Unii Europejskiej w Pałacu Prezydenckim. Od lewej: Premier Leszek Miller, Prezydent Aleksander Kwaśniewski (siedzi), Marszałek Sejmu Marek Borowski i szefowa Kancelarii Prezydenta RP Jolanta Szymanek-Deresz
Źródło: https://wiadomosci.wp.pl/
A w maju 2004 roku, Premier Leszek Miller, Prezydent Aleksander Kwaśniewski i szef MSZ Włodzimierz Cimoszewicz, podczas ateńskiego szczytu UE, podpisali traktat o rozszerzeniu Unii Europejski. Przypominam ten fakt, ilustrując to zdjęciem, na przekór tym wszystkim, którzy dzisiaj nazywają ich postkomunistami i przeciwnikami Wolnej Polski
Od tamtej pamiętnej daty mijają dzisiaj 22 lata, dlatego zakończę ten esej takim, świątecznym, akcentem:
Włodzisław Kuzitowicz























