
Oto obszerne fragmenty (i link do pełnej wersji) tekstu o mało nagłaśnianych egzaminach, zamieszczonego dzisiaj na portalu „Strefa Edukacji”:
Jeden błąd i po wszystkim. Tych egzaminów uczniowie boją się bardziej niż matury
[…]
O maturze mówi się dużo. Tematy z języka polskiego lub języków obcych trafiają do mediów niemal natychmiast po zakończeniu egzaminu, uczniowie komentują arkusze poszczególnych egzaminów w internecie, a początek majowej sesji co roku staje się jednym z ważniejszych tematów edukacyjnych.
Egzamin zawodowy nie ma takiej sławy. Rzadziej wywołuje społeczne emocje i rzadziej jest traktowany jak wydarzenie, które symbolicznie zamyka pewien etap edukacji. A przecież dla wielu uczniów techników, szkół branżowych i policealnych to jeden z najważniejszych egzaminów w całej ścieżce kształcenia.
Nie zestawiamy matury i egzaminu zawodowego w prostym pojedynku o to, który jest ważniejszy. Mają różne cele i sprawdzają inne kompetencje. Matura potwierdza wykształcenie średnie i otwiera drogę na studia. Egzamin zawodowy potwierdza kwalifikacje w konkretnym zawodzie.
Tu nie wystarczy teoria i 30 procent
Egzamin zawodowy zdaje się z konkretnej kwalifikacji wyodrębnionej w danym zawodzie. Nie jest to egzamin z ogólnego przedmiotu szkolnego, ale z zakresu umiejętności wymaganych w danym zawodzie lub zawodach szkolnictwa branżowego. Po zdaniu jednej kwalifikacji zdający otrzymuje certyfikat kwalifikacji zawodowej, a po zdaniu wszystkich kwalifikacji w danym zawodzie i spełnieniu wymagań dotyczących wykształcenia może uzyskać dyplom zawodowy.
Kiedyś (w tzw. Formule 2012) niektóre zawody wymagały zdania aż 3 oddzielnych kwalifikacji. Obecnie (Formuła 2019 i 2024) odchudzono programy do maksymalnie 2 kwalifikacji na jeden zawód.
Mimo to, zdawalność niektórych z nich na poziomie krajowym potrafi drastycznie spaść. Oto zawody uważane za najtrudniejsze pod względem bazy wiedzy i wymagań:
>Technik Mechatronik/Technik Automatyk: trzeba być jednocześnie elektrykiem, mechanikiem i programistą. Łączenie tych trzech światów w zadaniach praktycznych wymaga od uczniów wysokich kompetencji.
>Technik Ochrony Fizycznej Osób i Mienia: Choć brzmi niepozornie, statystyki Okręgowych Komisji Egzaminacyjnych (OKE) pokazują dla tego zawodu smutne wyniki – w niektórych sesjach zdawalność części praktycznej potrafiła spaść poniżej 40%.
>Technik Budownictwa/Technik Elektryk: Tutaj najtrudniejsze są rygorystyczne procedury w zadaniach praktycznych. Jeden błąd w obliczeniach konstrukcyjnych lub montażu instalacji i całe zadanie zostaje wyzerowane.
Przypomnijmy, że egzamin zawodowy składa się z części pisemnej i praktycznej. Część pisemna to test składający się z 40 pytań jednokrotnego wyboru. Aby ją zdać, trzeba uzyskać co najmniej 50 proc. punktów. Część praktyczna polega na wykonaniu zadania egzaminacyjnego na stanowisku pracy. Jej efektem może być wyrób, usługa albo dokumentacja.
To właśnie część praktyczna pokazuje różnicę między teorią a umiejętnością zastosowania jej w realnym zadaniu. Zdający musi uzyskać z niej co najmniej 75 proc. punktów, aby zdać. Dla porównania, w przypadku obowiązkowych egzaminów maturalnych na poziomie podstawowym próg zdawalności wynosi 30 proc., a na poziomie rozszerzonym – progu zdawalności w ogóle nie ma.
[..]
Egzamin zawodowy nie zastępuje matury i nie pełni tej samej funkcji. Nie powinien być jednak traktowany jak egzamin drugiej kategorii. Wymaga przygotowania teoretycznego, znajomości branżowych procedur, precyzji i praktycznego działania pod presją czasu.
Technik informatyk, technik logistyk, technik ekonomista, kucharz, fryzjer, elektryk, mechanik pojazdów samochodowych czy asystentka stomatologiczna zdają egzaminy z konkretnych kwalifikacji, które mają przełożenie na realną pracę. Z usług specjalistów w tych dziedzinach korzystamy wielokrotnie w życiu.
O maturze mówi cała Polska, bo jest rytuałem przejścia i symbolem zakończenia szkoły średniej. Egzamin zawodowy odbywa się bez kamer, wpisów na mediach społecznościowych i komentarzy, ale dla wielu uczniów ma bardzo konkretną wagę. Potwierdza, że młody człowiek nie tylko przeszedł przez szkołę, ale zdobył kwalifikację, z którą może wejść na rynek pracy.
Cały tekst „Jeden błąd i po wszystkim. Tych egzaminów uczniowie boją się bardziej niż matury” – TUTAJ
Źródło: www.strefaedukacji.pl
Więcej informacji o egzaminach zawodowych znajdziecie na stronie „COSINUS” – TUTAJ
W sobotę wieczorem Jarosław Pytlak zamieścił na blogu „Wokół Szkoły” bardzo aktualny tekst, w którym doświadczony nauczyciel-dyrektor komentuje książkę młodego autora, którego filmiki na TikToku i YouTubie biją rekordy popularności. Naprawdę warto to przeczytać – dlatego zamieszczam bez skrótów:
Zderzenie perspektyw
Przy okazji publicznej dyskusji na temat wprowadzenia instytucji rzeczników praw uczniowskich, w której stanąłem po stronie krytyków tego pomysłu, przypomniała mi się pewna historia sprzed niespełna dwóch lat. Pierwotnie potraktowałem ją jako inspirację do napisania kolejnego artykułu, potem jednak odłożyłem ten pomysł do szuflady, by doczekał odpowiedniego kontekstu. Myślę, że właśnie nadszedł czas, by do niego powrócić.
A było to tak…
W 2024 roku pojawiła się na rynku książka Lesława Dzika pt. „Szkolne life hacki”. Kolejna pozycja napisana z perspektywy ucznia, adresowana do uczniów, bazująca na internetowej popularności autora, który jeszcze niedawno sam chodził do szkoły. Mając fatalną opinię o wydanym nieco wcześniej poradniku „Prawo Marcina”, autorstwa również bardzo popularnego w sieci tiktokera, Marcina Kruszewskiego, przyjąłem tę nowość z daleko idącą nieufnością. Pomyślałem – ot, kolejny młody człowiek, który próbuje zdyskontować marketingowo coraz powszechniejszą niechęć uczniów do szkoły, mieszając fakty z własnymi ocenami, podlewając to sosem prawniczej argumentacji, po części słusznej, czasem jednak dyskusyjnej lub po prostu bałamutnej.
x x x
Tu dygresja. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że „Prawo Marcina” świetnie trafiło w zapotrzebowanie społeczne i polityczne, czego dowodem był wysoki nakład, tłumy na spotkaniach autorskich, oraz późniejsze splendory, jakie spłynęły na jego twórcę, włącznie z Medalem Komisji Edukacji Narodowej, który przyznała mu ministra Nowacka. W mojej ocenie jednak ta książka zawierała także twierdzenia fałszywe, których upowszechnienie wprowadziło sporo zamieszania w szkołach. Podjąłem starania, by spotkać się z autorem i publicznie porozmawiać o moich wątpliwościach, uzyskałem nawet jego wstępną zgodę, jednak ostatecznie nie znalazł on w swoim napiętym kalendarzu czasu na taką dyskusję. Nie urodziłem się wczoraj i doskonale rozumiem, że po prostu nie dostrzegł żadnego interesu w takim spotkaniu, ale to tylko ugruntowało moją niechęć.
x x x
Krótko po pojawieniu się książki Lesława Dzika dostałem propozycję spotkania na żywo, „oko w oko” z autorem, w programie „Dzień dobry TVN”. Zgodziłem się, a w ramach przygotowań kupiłem „Szkolne life hacki”. I tu przeżyłem zdziwienie, bowiem w środku znalazłem coś zupełnie innego niż w „Prawie Marcina”. Najkrócej – w większości przydatne i sensowne porady życiowe dla młodych ludzi, pod którymi spokojnie mógłbym się podpisać. Owszem, również trochę niezbyt przyjemnych wycieczek pod adresem szkoły i nauczycieli, ale nie jako lejtmotyw całego dzieła, ale tło, które w życiu ucznia takie po prostu także bywa.
Poszedłem do studia mocno zbudowany tą lekturą. W poczekalni przedstawiłem się mojemu rozmówcy, który zrazu wyglądał na lekko spłoszonego, jednak po chwili okazał się sympatycznym partnerem w kuluarowej rozmowie. Tak miłej, że aż redaktorka prowadząca podeszła, by upewnić się, czy aby za bardzo się nie bratamy. Cóż, w założeniu programu mieliśmy się zetrzeć, a nie prawić sobie dusery…
Formuła telewizji śniadaniowej nie zakłada ambitnej debaty. Program był zresztą ewidentnie przygotowany w celu zareklamowania młodego autora i jego książki. Tym niemniej mam poczucie, że spotkanie było w jakiś sposób pouczające dla nas obu. Żegnając się z rozmówcą zapytałem, czy miałby coś przeciw, gdybym wykorzystał na blogu fragment jego książki, by pokazać, jak bardzo różni się uczniowskie spojrzenie na konfliktową sytuację w szkole od spojrzenia nauczyciela. I że to różnica w zasadzie nieunikniona, bowiem jest niezbywalnym prawem młodych testować granice społecznego przyzwolenia, a obowiązkiem nauczycieli – reagować na ekscesy i przywracać porządek, co czasem może być bolesne. Dostałem wolną rękę, z czego dzisiaj właśnie korzystam.
Oto fragment książki, który od razu zwrócił moją uwagę:
O losowym sposobie wyłaniania posłów na Sejm Dzieci i Młodzieży
To o czym będzie ten esej jest efektem pewnej koincydencji czasowej. Pierwszym było zamieszczenie w miniony wtorek, 19 maja, tekstu z bloga CEO „Młodzieżowe Rady Dzielnic – wolontariat, który daje wiele możliwości” w którym tę formą młodzieżowego wolontariatu zaprezentowano jako kolejny stopień samorządu uczniowskiego, przygotowujący uczniów-aktywistów samorządów szkolnych do ich ewentualnej przyszłej aktywności w samorządach społeczności lokalnych. A drugą była data 1 czerwca, kiedy od 1994 roku w sali plenarnej Sejmu RP odbywały się obrady Sejmu Dzieci i Młodzieży (SDiM). Ale tylko do objęcia rządów przez „Koalicję 15 października”. Bo to od 2024 roku została zmieniona nie tylko dotychczasowa data tych obrad, ale i sposób w jakim wyłaniani byli uczestnicy tej sesji.
Jakoś do tej pory nie wyraziłem swojej opinii o tych zmianach, więc może właśnie dzisiaj, mając w pamięci tekst z bloga CEO, wreszcie to z siebie wyrzucę.
Bo koncepcja Sejmu Dzieci i Młodzieży od początku redagowania OE była mi bliska – aczkolwiek nie wszystkie sesje były przeze mnie odnotowywane, zwłaszcza te z okresu rządów PiS. [Patrz – ANEKS]
Pora więc abym w końcu ustosunkował się do owej zmienionej procedury wyłaniania konkretnych uczniów szkół podstawowych i średnich na posłów SDiM. Bo przed 2024 rokiem było inaczej.
Do 2009 roku przyznanie mandatu odbywało się na podstawie konkursu literackiego. Kandydaci pisali pracę na jeden z tematów, wyznaczonych przez Zespół Organizacyjny. Prace spływały do Kuratoriów Oświaty, a tam wyznaczona przez niego komisja oceniała te prace i najlepszym autorom przyznawała mandaty poselskie. Następnie prace oceniał Zespół Organizacyjny. Z każdego tematu wybierał około 20 najlepszych prac – ich autorzy dodatkowo na kilkanaście dni przed obradami Sejmu DiM zasiadali w Komisji Sejmowej. Każda Komisja wybierała spośród siebie trzech równych sobie marszałków Sejmu DiM oraz opracowywała projekt uchwał sejmowych.
Od roku 2010 kandydaci i kandydatki pracowali w zespołach dwuosobowych. Aby móc otrzymać mandaty poselskie, zespół musiał wykonać związane z tematyką sesji działanie społeczne (w 2010 roku – szkolna debata o samorządności uczniowskiej, 2011 rok – promowanie działań wolontariackich w społeczności lokalnej), a relacja z wykonanych działań zamieszczana była na ogólnodostępnym sejmowym serwisie. Mandaty poselskie otrzymywały te zespoły, których relacje z działań lokalnych zostały najwyżej ocenione – zgodnie z liczbą mandatów przypadających na województwo.
Więcej o historii SDiM – TUTAJ
Jak jest – od XXX Sesji SDiM – z tym wyborem? Nie cofając się do roku 2024 opiszę aktualną sytuację:
Oto w jakiej formule odbywa się procedura, według której można będzie zostać posłanką/posłem na XXXII sesję Sejmu Dzieci i Młodzieży w tym roku.
Zaczęło się od wylosowania szkół. W tym roku, po raz pierwszy, rozszerzono o grupę wiekową uczących się w szkołach ponadpodstawowych. Właśnie wyczytałem, że takie losowanie już się odbyło – w miniony wtorek 19 maja. Przeprowadzono je według wcześniej opublikowanych reguł – patrz TUTAJ
Niestety – jedyna informacja jaką o tym losowaniu zamieszczono nie zawiera żadnych konkretów, a zwłaszcza nie ma tam podanych wylosowanych szkół – zobacz – TUTAJ
A więc – „na los szczęścia, Baltazarze”. Tyle, że tam chodziło o osła….
No właśnie: nie zostaną posłankami i posłami najbardziej aktywni i kreatywni uczniowie, którzy wcześniej udowodnili swoje kompetencje w konkretnych projektach, a po prostu – wybór będzie dokonany „na chybił – trafił”!
Wniosek: zadecyduje szczęście w tej loterii (najpierw losowanie szkół, a później losowanie uczniów!), a nie konkretne działanie i dorobek w dotychczasowym reprezentowaniu swojej społeczności w samorządzie szkolnym oraz w działalności na rzecz innych…
Zaczynam się obawiać, czy to nie jest aby przygotowanie do zmiany w Konstytucji i wprowadzenia, w miejsce wyborów posłów do Sejmu RP w kosztownej procedurze wyborów powszechnych, procedurą losowana z grona wszystkich pełnoletnich obywateli?
Włodzisław Kuzitowicz
A N E K S
1.06.1017 Jak „Młode Wilczki” trenowały uprawianie sejmowej polityki [XXIII Sesja ]
1.06.2018 Dysydenci SDiM i ich sojusznicy obradowali dziś w Audytorium Maximum UW [odwolana XXIV Sesja]
1.06.2019 XXV sesja Sejmu Dzieci i Młodzieży. Jeszcze bez szczegółów o przebiegu posiedzenia
1.06.2024 Felieton nr 522. O Sejmie Dzieci i Młodzieży, którego wczoraj nie było.
14.06.2024 W XXX sesji SDiM uczestniczyć będą uczniowie z wylosowanych podstawówek
Nie zamieściłem o tej Sesji informacji. Jak było – zobaczcie relację ze strony MEN:
30 .09.2024 XXX sesja Sejmu Dzieci i Młodzieży
Relacja filmowa ze strony Sejmu – TUTAJ
28.09.2025 Nie o przeciwdziałaniu przemocy, a o edukacji obywatelskiej rozmawiano na XXXI SDiM
Na dzisiaj proponuję zapoznanie się z dość obszernym tekstem Tomasza Pintala – pasjonata matematyki, w którym nie tylko zawarł swoją krytyczną opinię o sposobach nauczania tej królowej nauk w polskich szkołach, ale do którego dołączył kompleksowy przewodnik po programie nauczania matematyki. Wszystko z jego fb-profilu, gdzie zostało to zamieszczone w środę 20 maja:
To musi być chyba iluzja, złudzenie czy też błędne postrzeganie, nieprawidłowa interpretacja! Kiedyś mówiliśmy, że bez pracy nie ma kołaczy, a z próżnego to Salomon również nie naleje! Potem było sławne „no pain – no gain”, czyli nie ma bólu, nie ma postępu, a teraz to już wszystko stanęło na głowie, więc może już najwyższy czas, aby co nieco odkręcić?
Od kilku lat kompletnie nie mogę zrozumieć w jaki sposób ludzie postrzegają edukację matematyczną w kontekście własnej nauki oraz realizacji swoich oczekiwań, celów czy też pragnień w tym zakresie.
W zależności od tego kiedy się pojawią, pytając mnie czy mogę im pomóc oraz wyjawiając to jak dużo się uczą bądź uczyli w ostatnich latach matematyki, zauważam iż duża część społeczeństwa nie ma pojęcia o tym jak działa edukacja matematyczna, czym jest nauka, o co chodzi w nawykach jak też co się dzieje z matematyką szczególnie w szkole średniej i jak to wpływa na ucznia oraz jego wyniki, osiągnięcia czy też po prostu oceny szkolne.
Temat jest naprawdę gruby i jednocześnie wielowątkowy, więc pewnie można by jakąś pracę doktorską napisać. Niemniej ja tu tylko sprzątam, więc będę chciał przedstawić jedynie zarys tego, czym się ostatnio zajmowałem i na ile to może ja błędnie interpretuję matematyczną rzeczywistości w kontekście edukacyjnym. Kto wie? Zobaczmy zatem.
Od jakiegoś czasu coraz lepiej ma się mit związany z tym, że jak w szkole nauczyciel zaprezentował dany temat z matematyki, to idealnie byłoby absolutnie nic nie robić w tym zakresie, żeby nie zepsuć tej magicznej, szkolnej transmisji treści matematycznych.
Serio, serio! Wielu rodziców łącznie ze swoimi dziećmi, nie widzi sensu nauki matematyki, nie mają ochoty wykonać pracy w tym kierunku, która by przyniosła określone efekty, a jak już podejmują działania, to niestety przeszacowują swoje możliwości hipersonicznego wchłaniania wiedzy oraz ultrabanalnego jej zrozumienia. Ja tego naprawdę nie rozumiem, bo nie spina mi się to na jakimkolwiek poziomie poza oszustwem, czarną magią oraz wiarą w coś co całkowicie zaprzecza temu co setki razy potwierdza nauka jak też niemal wszystkie badania naukowe dotyczące uczenia się.
W celu lepszego zrozumienia tego czego nie jestem w stanie zrozumieć bez zmiany stanu świadomości, poprosiłem mojego pomocnika Claude Sonneta, żeby mi stworzył naprawdę nieco bardziej konkretne opracowanie, tak abym mógł zobaczyć wiele kwestii w szerszej perspektywie. No i naprawdę się postarał, bo wyszło blisko 100 stron, ale tyloma was nie zasypię – spokojnie!
Z uwagi na to, że zależy mi na tym, abyście nie cierpieli w momencie, gdy będziecie się zapoznawać z tym co ugotowałem tym razem (jutro będą pyszne gofry jak się ktoś pytał!), więc wybrałem tylko to co będzie miało jakikolwiek większy sens dla Was, czyli moich odbiorców kochani.
Wybrane zagadnienia dotyczące programu nauczania matematyki w szkole średniej (ponadpodstawowej)
Spróbuję teraz opisać to w telegraficznym skrócie, bo podzielę się z wami 33 slajdami (obrazkami), więc będziecie mogli znacząco poszerzyć sobie to, co za chwilę zarysuję.
Zaproponowałem trzy modele organizacji zajęć matematycznych w ramach nauki szkolnej w szkole średniej. Pierwszy model jest taką uboższą wersją tego, co jest realizowane w technikum, drugi w miarę jak najbardziej wiernym jego odbiciem, zaś trzeci to ten już bardziej ambitny.
Gdyby się pokusić o nazwy dla nich to byłyby one następujące:
1.Model 01 – absolutne minimum
2.Model 02 – standard najczęściej występujący
3.Model 03 – program rozszerzony
Ów przewodnik, który mocno odchudziłem na potrzeby oszczędzania zasobów odbiorcy, zawiera jedynie wybrane zagadnienia, a są nimi: streszczenie ze wstępem, część druga oraz część trzecia. Inaczej mówiąc, pominąłem część pierwszą czyli program nauczania, bo tutaj bym was zajechał już po kilkunastu slajdach.
Magdalena Ignaciuk w swoim tekście zamieszczonym na portalu „Strefa Edukacji” informuje o zapytaniu poselskim skierowanym do MEN w „gorącym temacie”, jakim jest rekrutacja do szkół średnich:
Jednolity harmonogram rekrutacji do szkół średnich w całym kraju? MEN zabrało głos
[…]
Do Ministerstwa Edukacji Narodowej wpłynęło [zapytanie – W.K.] poselskie dotyczące zróżnicowanych harmonogramów rekrutacji do szkół ponadpodstawowych. Zwrócono w nim uwagę, że problem szczególnie dotyka uczniów z regionów położonych na styku województw, m.in. Pomorza Środkowego, gdzie kandydaci często aplikują do szkół w kilku województwach jednocześnie.
W zapytaniu podkreślono, że największe rozbieżności dotyczą oddziałów mundurowych, w których obowiązują dodatkowe testy sprawnościowe i predyspozycji. Terminy składania wniosków oraz przeprowadzania testów różnią się nawet o kilka tygodni między województwami. – Różnice w harmonogramach mają również negatywne skutki dla szkół, ponieważ prowadzą do nierównych warunków rekrutacji. Szkoły funkcjonujące w regionach, w których rekrutacja odbywa się później, znajdują się w mniej korzystnej sytuacji – część uczniów wcześniej potwierdza wolę nauki w szkołach w innych województwach.
Posłowie wskazali również, że obecny system może powodować przepływ uczniów między województwami nie z powodu preferencji edukacyjnych, lecz z uwagi na różnice w harmonogramach. – Wprowadzenie jednolitego, ogólnopolskiego harmonogramu rekrutacji do szkół ponadpodstawowych znacząco uporządkowałoby proces naboru, zapewniło uczniom równe warunki dostępu do edukacji oraz zwiększyło przejrzystość całej procedury rekrutacyjnej – czytamy w piśmie wystosowanym przez posłów.
W związku z tym zapytano MEN, czy resort planuje wprowadzenie jednolitego, ogólnopolskiego harmonogramu rekrutacji do szkół ponadpodstawowych.
Katarzyna Lubnauer w odpowiedzi wyjaśniła, że zgodnie z obowiązującymi przepisami terminy rekrutacji do szkół ponadpodstawowych ustalają kuratorzy oświaty, którzy muszą uwzględniać m.in. ustawowe terminy odwołań, zakończenie roku szkolnego oraz publikację wyników egzaminu ósmoklasisty. Część kompetencji należy również do dyrektorów szkół, którzy samodzielnie wyznaczają terminy sprawdzianów uzdolnień, prób sprawnościowych czy rozmów kwalifikacyjnych.
– Kurator oświaty ma ograniczone kompetencje do swobodnego ustalania terminów przeprowadzenia poszczególnych czynności, ponieważ ma obowiązek dostosowania terminu przeprowadzania postępowania rekrutacyjnego i postępowania uzupełniającego, w tym terminy składania dokumentów, do ustawowych terminów – wskazuje Lubnauer.
Resort podkreślił także, że różne terminy rekrutacji mają sprzyjać kandydatom, ponieważ pozwalają im ubiegać się o miejsce w kilku szkołach jednocześnie. MEN zaznaczyło, że uczeń może wycofać dokumenty z jednej szkoły i przenieść je do innej nawet po wcześniejszym potwierdzeniu woli przyjęcia. – Obowiązujące rozwiązania prawne mają na celu zapewnienie kandydatom możliwie szerokiego dostępu do oferty edukacyjnej szkół ponadpodstawowych, w tym szkół prowadzących oddziały wymagające dodatkowych sprawdzianów uzdolnień lub prób sprawności fizycznej. Zróżnicowanie terminów poszczególnych etapów rekrutacji wynika z ustawowego modelu organizacji systemu oświaty, opartego na kompetencjach kuratorów oświaty oraz dyrektorów szkół, a także z konieczności dostosowania harmonogramów do lokalnych uwarunkowań organizacyjnych.
Jednocześnie ministerstwo poinformowało, że obecnie nie prowadzi prac nad wprowadzeniem jednolitego, ogólnopolskiego harmonogramu rekrutacji do szkół ponadpodstawowych.
Źródło: www.strefaedukacji.pl
Postanowiłem zareklamować najnowszą inicjatywę dr Marzeny Żylińskiej, skierowaną do nauczycieli, którzy chcą zmieniać swoje szkoły nie czekając na rządowe ustawy. Informację z Jej fb-profilu uzupełniłem o datę, program i sposób zgłoszenia się na to wydarzenie:
Co ma pozytywny wpływ na relacje nauczyciela z uczniami i ich rodzicami, a co relacje niszczy? Czego lepiej unikać i na co uważać? Co mówić, oddając uczniowi słabo napisaną pracę, żeby nie stracił motywacji do nauki? Jak pisać uwagi, żeby mieć w rodzicach sprzymierzeńców? Może wybierzecie się do Torunia?
Filmik z zaproszeniem na konferencje – TUTAJ
Źródło: www.facebook.com/marzena.zylinska?locale=pl_PL
x x x
Warsztaty metodyczne dla nauczycieli
Kompetencje relacyjne w zawodzie nauczyciela
Sobota, 13 czerwca 2026, g. 10:00 – 17:30
Zespół Szkół Muzycznych im. Karola Szymanowskiego w Toruniu
Szosa Chełmińska 224/226,
87-100 Toruń
Zgłoszenie – TUTAJ
Oto obszerne fragmentu (i link do pełnej wersji) tekstu, zamieszczonego wczoraj na „Portalu dla Edukacji”, informującego o aktualnym sytuacji w sferze poparcia przez nauczycielskie związki zawodowe ministerialnego projektu zmian w „Karcie Nauczyciela”:
Nauczycielska reforma w zawieszeniu. Związki zawodowe stawiają twarde warunki
Niby wszystko było dogadane i propozycje zmian w przepisach dyscyplinarnych miały wejść na ścieżkę legislacyjną, ale nie ma już na to zgody. Dwa z trzech związków zawodowych wycofały poparcie dla zmian, które wypracowały wspólnie z Ministerstwem Edukacji Narodowej.
>W sprawie zmian w przepisach dyscyplinarnych nic się nie dzieje i trudno powiedzieć, kiedy prace zostaną wznowione.
>Związkowcy chcieli kilku podstawowych zmian, a teraz myślą o rewolucji. Chociaż nie ma między nimi jedności
>Spotkanie grupy roboczej, w czasie którego wszystko miało zostać domknięte, nie dochodzi do skutku. Pytanie, co zrobi MEN.
Jeśli spojrzeć na kalendarz legislacyjny, zmiany w ustawie Karta Nauczyciela powinny być już w Sejmie. Jeszcze miesiąc temu wszystko wskazywało na to, że tak właśnie będzie. Teraz sytuacja wygląda zupełnie inaczej i trudno powiedzieć, by środowisko nauczycielskie choćby na jotę przybliżyło się do zmian, na które tak czeka. Chodzi o przepisy dyscyplinarne, które od czasu ich zaostrzenia budzą wiele kontrowersji, a u niektórych wywołują wręcz efekt mrożący.
[…]
Przedstawiciele związków zawodowych ocenili, że choć proponowane zmiany są minimalne i nie obejmują wszystkich zgłaszanych przez nich postulatów, warto je poprzeć. Ministerstwo nie zaproponowało m.in. przepisu umożliwiającego wyznaczenie z urzędu obrońcy dla nauczyciela, który z uzasadnionych powodów nie stawia się na postępowaniu dyscyplinarnym, a taki obrońca mógłby reprezentować go w toku sprawy. Mimo to związkowcy uznali, że na przedstawione rozwiązania należy się zgodzić. – To wszystko to jest odpowiedź na nasze postulaty, które złożyliśmy w ministerstwie jako trzy centrale związkowe. Więc zaproponowane zmiany oceniam dobrze – komentował Krzysztof Wojciechowski, wiceprzewodniczący KSOiW NSZZ „Solidarność”, po spotkaniu grupy roboczej w MEN. Podkreślał przy tym, że mimo to Solidarność uważa, iż ten rozdział Karty Nauczyciela należałoby napisać od nowa.
Zaproponowane zmiany zaaprobował również Sławomir Wittkowicz, przewodniczący Wolnego Związku Zawodowego „Forum – Oświata”, wykazując przy tym, że tak w ogóle rozdział 10. Karty Nauczyciela powinien wylądować w koszu.
Jedynie ZNP przyjęło proponowane zmiany bez większych zastrzeżeń. Związkowcy zapowiedzieli, że odniosą się do nich całościowo, gdy otrzymają pełną prezentację. Zadeklarowali też, że zrobią to bez zbędnej zwłoki, ponieważ – jak wskazali – ustalenie katalogu zmian w przepisach dyscyplinarnych miało zakończyć się w kwietniu. Dzięki temu resort mógłby jeszcze w tym samym miesiącu wpisać założenia projektu do wykazu prac legislacyjnych rządu, a nowe przepisy mogłyby wejść w życie już 1 września 2026 r.
Kończy się druga dekada maja, a o projekcie nie słychać. Co więcej, związkowcy z „Solidarności” i z „Forum” tak się odnieśli do wypracowanych zmian, że w końcu je całkowicie odrzucili.
Krajowa Sekcja Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność” przedstawiła projekt nowelizacji Karty Nauczyciela (wraz z rozporządzeniem), regulujący na nowo odpowiedzialność dyscyplinarną nauczycieli. – Idziemy w stronę zdecydowanego odrzucenia tego, co w przepisach dyscyplinarnych pojawiło się za rządów Prawa i Sprawiedliwości. Proponujemy powrót do korzeni, do koncepcji z lat 90. w wersji ulepszonej o ochronę nauczyciela. Do tego, co było przed minister Anną Zalewską, kiedy nie było karania za naruszanie praw i dobra dziecka oraz ingerencji rzecznika dyscyplinarnego na każdym etapie postępowania – wyjaśnia Krzysztof Wojciechowski. […]
Z kolei WZZ „Forum – Oświata” w stanowisku przyjętym 14 kwietnia, stwierdził, iż zapowiedziany przez MEN na spotkaniu 11 marca zamiar przekazania projektu zmian do dalszego procedowania jest przedwczesny, uznał, iż zaproponowany przez MEN kierunek i sposób procedowania zmian przepisów urąga godności zawodowej nauczycieli i wniósł o wykreślenie z KN przepisów rozdziału 10. w całości. Proponując jednocześnie, by: „Ewentualne przewinienia lub przestępstwa popełnione przez nauczycieli penalizować odpowiednimi karami porządkowymi wynikającymi z ustawy Kodeks pracy, a w uzasadnionych przypadkach – w procedurze karnej określonej w przepisach Kodeksu Karnego i Kodeksu Postępowania Karnego (gdzie – jak wynika z naszych doświadczeń – nauczyciele będą mieli większe szanse na profesjonalizm i obiektywizm drugiej strony postępowania) – czytamy w dokumencie.[…]
Spośród trzech związków, które wraz z MEN wypracowywały zmiany w przepisach dyscyplinarnych nauczycieli, jedynie ZNP pozostał przy swoim. W stanowisku w sprawie propozycji MEN zwrócił uwagę na kilka spraw, które wypadałoby doprecyzować – Uznaliśmy, że powinno się dopracować zasadę, że również w przypadku umorzenia postępowania nauczycielowi będzie przysługiwała całość wynagrodzenia, czyli tak jak ma być w przypadku uniewinnienia. I takie stanowisko jako ostateczne złożyliśmy. No ale zdania nie zmieniliśmy – mówi Urszula Woźniak, wiceprezes zarządu Głównego ZNP. […]
Wydaje się, że data wejścia znowelizowanych przepisów wyznaczona na 1 września 2026 roku jest nierealna. Aczkolwiek 100-procentowej pewności tu nie ma. Bo wprawdzie związkowcy odkryli karty, choć trudno tu mówić o asach, ale MEN póki co w tej kwestii się nie wypowiedziało. Na pytania Portalu Samorządowego w tej sprawie też jeszcze nie odpowiedziało. Wszystko jest zatem możliwe.
Trudno jednak się spodziewać, że minister Barbara Nowacka postanowi złagodzić przepisy dyscyplinarne dotyczące nauczycieli wbrew ich woli.
Cały tekst „Nauczycielska reforma w zawieszeniu. Związki zawodowe stawiają twarde warunki” – TUTAJ
Źródło: www.portalsamorzadowy.pl/edukacja/
Dzisiaj kolejny tekst o szkodliwości przekazu internetowych mediów na psychikę dzieci i młodzieży. Tym razem jest to tekst Macieja Dębskiego, zamieszczony wczoraj na portalu „Edunews”:
Za dużo nagród na minutę – szybkie nagrody i kompresja czasu (Higiena cyfrowa #11)
Dawniej nagrody miały swoją „cenę” w czasie i wysiłku. Trzeba było iść, szukać, czekać, próbować, czasem wrócić z niczym. To naturalnie ograniczało liczbę wzmocnień w ciągu dnia. Polowanie na zwierzynę, zbieranie jedzenia, zdobywanie informacji, nawet kontakt z innymi ludźmi – wszystko było bardziej rozciągnięte w czasie, a nagroda pojawiała się rzadziej. W takim środowisku cierpliwość i zdolność czekania miały sens, bo świat był wolniejszy, a nagrody nie pojawiały się co kilka sekund.
Korzystanie ze smartfona działa dokładnie odwrotnie: kompresuje czas. Jedno tapnięcie i masz mikro-nagrodę: nowość, bodziec, reakcję, małe „tak” od świata. I to działa w serii: powiadomienie, przewinięcie, filmik, wiadomość, kolejny filmik, kolejna informacja. W kilka minut potrafisz dostać dziesiątki wzmocnień. To zmienia sposób, w jaki mózg ustawia swoje oczekiwania: jeśli nagrody są dostępne natychmiast, to cierpliwość staje się „nieopłacalna” w krótkim terminie. Rośnie trudność z odroczoną gratyfikacją, czyli umiejętnością czekania na większą nagrodę później zamiast brania małej od razu. Świat „tu i teraz” uczy mózg: po co czekać, skoro możesz mieć coś natychmiast? A to potem rozlewa się na inne obszary: trudniej wytrzymać nudę, wolniej czytające się teksty męczą, długie zadania wydają się nie do zniesienia bez przerw, a praca, która nie daje szybkiego efektu, łatwo przegrywa z czymś, co daje natychmiastowe „klik”.
Tymczasem w tle działa neurochemia motywacji. Dopamina nie jest po prostu „hormonem przyjemności” — mocno wiąże się z tym, co mózg uznaje za warte wysiłku i powtórzenia, czyli z „chceniem” i uczeniem sygnałów nagrody. Kiedy dostajesz nagrodę albo jej obietnicę (np. nowe treści, wiadomość, lajki, ciekawostka), układ nagrody wzmacnia ścieżkę: rób to znowu. Jeśli tych nagród jest bardzo dużo i pojawiają się często, mózg zaczyna się do nich przyzwyczajać. To jest zjawisko tolerancji w praktyce: pojedyncza mikro-nagroda z czasem ma mniejszą „siłę”, bo system jest stale pobudzany. W efekcie, żeby poczuć podobne pobudzenie i zainteresowanie, potrzebujesz więcej: częściej sprawdzać, dłużej scrollować, szukać mocniejszego bodźca, bardziej „soczystej” treści. To trochę jak z podkręcaniem głośności: to, co kiedyś wystarczało, po czasie jest za ciche, więc automatycznie dokręcasz.
Do tego dochodzi jeszcze jedna rzecz: gdy nagrody są gęste, a bodźce zmieniają się szybko, mózg przełącza się w tryb reagowania. Zamiast planować i prowadzić uwagę świadomie, zaczynasz „odbijać się” od kolejnych bodźców. Przeciążenie osłabia samoregulację: trudniej utrzymać ster, łatwiej wejść na autopilota i robić „jeszcze jedną rzecz”, choć wcale nie było takiego planu. I im częściej ćwiczysz ten schemat natychmiastowej nagrody, tym bardziej „rdzewieje” mięsień cierpliwości: czekanie staje się niekomfortowe, a dyskomfort natychmiast domaga się ulgi.
Pamiętaj, że mózg preferuje nagrody natychmiastowe nawet wtedy, gdy są małe. Wysoka gęstość wzmocnień (wiele małych nagród na minutę) przyspiesza uczenie i utrudnia przerwanie, bo mózg oczekuje kolejnego bodźca „już”. Częste nagradzanie podnosi próg odczuwanej „wartości”, więc pojedyncza nagroda daje mniejszy efekt i pojawia się potrzeba większej dawki, co przypomina tolerancję. A przeciążenie bodźcami osłabia kontrolę i samoregulację, przez co łatwiej odpływasz w szybkie gratyfikacje zamiast wytrwać przy wolniejszych, ale ważniejszych celach.
Jak się przeciwstawić:
-Wprowadź „wolniejsze nagrody”: czytanie papieru, dłuższy trening, hobby wymagające procesu.
-Zrób strefy bez telefonu: sypialnia / stół / 30 minut po przebudzeniu.
-Używaj trybu „nie przeszkadzać” jako domyślnego, a nie wyjątkowego.
Notka o autorze:
Maciej Dębski jest założycielem i prezesem fundacji DBAM O MÓJ ZASIĘG. Socjolog problemów społecznych, wykładowca akademicki, edukator społeczny, ekspert w realizacji badań naukowych, ekspert Najwyższej Izby Kontroli, Rzecznika Praw Obywatelskich, autor/współautor publikacji na naukowych z zakresu problemów społecznych (bezdomność, przemoc w rodzinie, uzależnienia od substancji psychoaktywnych, uzależnienia behawioralne), autor/współautor dokumentów strategicznych, programów lokalnych, pomysłodawca ogólnopolskich badań z zakresu fonoholizmu i problemu cyberprzemocy zrealizowanych wśród 22.000 uczniów oraz 4.000 nauczycieli.
x x x
W porozumieniu z dr Maciejem Dębskim z Fundacji Dbam o mój zasięg publikujemy w 10 odcinkach cykl poświęcony higienie cyfrowej młodych i dorosłych, który jest przeredagowaną wersją opracowania pt. „” – TUTAJ
W tym cyklu opisujemy wybrane mechanizmy biologicznego i psychologicznego „uwodzenia” nas ludzi jako użytkowników cyfrowych rozwiązań. Nie po to, żeby demonizować internet, ale po to, żeby odzyskać własną sprawczość także w sieci. Bo higiena cyfrowa zaczyna się od prostej zasady: „jeśli rozumiesz, jak działasz, trudniej tobą sterować.”
Przeczytaj pozostałe artykuły z tego cyklu:
#4 Najsilniej uczy… niespodzianka
#7 Bez końca, czyli bez hamulca…
#8 Status zamieniony w liczby…
#10 Algorytm uczy się Twoich odruchów…
Źródło: www.edunews.pl/edukacja-na-co-dzien
Dzisiaj udostępniam kolejną wypowiedź – tym razem znanego w tej dziedzinie eksperta jakim od lat jest dr hab. Jacek Pyżalski – o korzystaniu przez młodzież z Internetu za pomocą urządzeń mobilnych. Zamieszczam fragmenty wywiadu z nim, opublikowanego w „Głosie Nauczycielskim”, podając link do jego pełnej wersji:
Zakazy? Jestem sceptyczny. Dr hab. Jacek Pyżalski: Nowe technologie nie są jedyną przyczyną
problemów młodych ludzi
[…]
Z dr. hab. Jackiem Pyżalskim, prof. UAM, pedagogiem z Wydziału Studiów Edukacyjnych Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, koordynatorem polskiego badania EU Kids Online 2026, rozmawia Katarzyna Piotrowiak
„Dominującym środowiskiem korzystania z internetu przez dzieci i młodzież stały się urządzenia mobilne, najczęściej prywatne i używane poza bezpośrednią kontrolą dorosłych” – to pierwszy z wniosków polskiego badania EU Kids Online 2026. Skoro wszystko dzieje się poza kontrolą, a telefon jest używany głównie poza szkołą, nad ranem, wieczorem i w nocy, to jaki skutek przyniesie zakaz używania telefonu w szkołach podstawowych?
– W naszych badaniach grupą docelową były dzieci w wieku 10-16 lat i wyniki wyraźnie pokazują, że skala problemów jest ogromna. Ograniczenie używania telefonów może mieć znaczenie, jeśli weźmiemy pod uwagę lekcje. Ponad 30 proc. uczniów raz w tygodniu lub częściej zagląda bez wiedzy nauczyciela do telefonu na lekcjach, na pewno nie w celach dydaktycznych. W tym 11 proc. robi to codziennie.
Na przerwach z telefonem nie rozstaje się ok. 45 proc. uczniów. W tym kontekście taki zakaz może mieć sens, bo może ułatwić pracę nauczycielowi. Z szerszego punktu widzenia sam zakaz nie jest rozwiązaniem. Problemy wynikające ze sposobu używania internetu nadal pozostają.
Hejt i cyberprzemoc w relacjach rówieśniczych nie znikną za sprawą tego zakazu?
– W tym zakresie zasadniczo wyniki różnych badań są spójne, wskazują, że taki zakaz nie wpłynie na relacje rówieśnicze, w tym przemoc. Relacje cyfrowe są bardzo mocno powiązane z tradycyjnymi i z tego, co obserwujemy, nie jest to kwestia technologii, tylko wszystkich relacji między ludźmi.
Wniosek z badań jest taki, że zbyt często obwiniamy technologię za problemy młodych ludzi, podczas gdy realia są znacznie bardziej złożone?
– Problem jest zdecydowanie głębszy. Zarówno rodzice, jak i szkoła mają wiele do przepracowania, jeśli chodzi o budowanie relacji między dziećmi. Z naszych badań wynika, że jeżeli relacje są dobre, to z reguły takie same są i online i offline. Dlatego dla budowania relacji znaczenie ma to, jak radzimy sobie jako rodzice, ale też, jak my, dorośli, pracujemy wychowawczo w szkole.
To prawda, że w rodzinie kształtują się wzory korzystania z urządzeń ekranowych, ale szkoła również może wiele zrobić w tej sprawie. Mam ma myśli np. edukację medialną, ale rozumianą poważnie, czyli uczenie dzieci, jak sensownie korzystać z tych technologii, jak korzystać z AI, żeby nie służyła do oszukiwania szkoły, tylko wspierała w nauce. Kiedy mówimy o społecznych kompetencjach uczniów, netykiecie w kontaktach cyfrowych, czyli o zasadach dobrej komunikacji online, to tu jest jeszcze więcej do zrobienia.
Nie wierzy Pan w skuteczność zakazu, w to, że zmniejszy problemy wynikające z nadmiernego uzależnienia od telefonu?
– Na pewno jest to dyskusyjne, bo bez dobrych narzędzi do wdrażania tego zakazu trudno będzie go egzekwować. Nie wiem, czy możemy przyjąć takie proste założenie, że dzieci, które teraz nie poddają się regułom wewnątrzszkolnym ograniczającym używanie telefonu, zmienią zdanie, kiedy pojawi się ogólnokrajowy zakaz. To nie będzie miało prostego przełożenia.
[…]
Co dla badacza jest najbardziej uderzające w odpowiedziach zebranych w tegorocznym raporcie?
– To, że młodzi twierdzą, że wszystko wiedzą o nowoczesnych technologiach, a kiedy ich pytamy, dlaczego wplątują się w kłopoty, to okazuje się, że dzieje się tak z powodu niewiedzy. Zapytani, czy potrzebują edukacji i wskazówek na temat bezpieczeństwa w sieci, najczęściej odpowiadają, że „nie”. Aż 77 proc. uważa, że niczego nie potrzebuje! Jak widać, jest potężny rozdźwięk między ryzykownymi zachowaniami młodych w sieci a ich subiektywnym poczuciem, że „ja wiem, jak to działa i nikt nie musi mi niczego wyjaśniać”.
Powody takiego myślenia mogą być różne. Jednym z nich jest poczucie, że to, co my im proponujemy, jest mało realistyczne, że edukacja cyfrowa w szkole nie dotyka ich codzienności. Z drugiej strony widzimy, że 65 proc. z nich nie ma przemyśleń na temat przyszłości życia z AI, pozytywnie ocenia ją tylko co 10., co może oznaczać, że korzystają z niej wyłącznie intuicyjnie.
[…]
Jaka jest Pana ocena tego, co zrobiła Australia, która jako pierwsza radykalnie odcięła dzieci od mediów społecznościowych?
– Przyglądam się temu, co dzieje się w Australii, ale jestem w grupie badaczy, którzy są dość sceptyczni co do jego skuteczności. Sami Australijczycy przyznają, że nie są w stanie tego ograniczenia egzekwować, że jest przez dzieci omijane, a wiele treści niebezpiecznych jest przemycanych poza social mediami. One nie są obecnie jedyną „bramą”, która otwiera dostęp i wciąga młodzież na mielizny. Badając tę problematykę od lat, nie wierzę w silne działanie pojedynczego rozwiązania na poziomie jednego kraju, szczególnie w ograniczenie mediów społecznościowych czy zakazu telefonów wśród jednej grupy.
Jakich rozwiązań Pan oczekuje?
– Na pewno nie jednorazowych, które zakładają, że jednym „strzałem” rozwiążemy najważniejsze problemy młodych pokoleń. Trzeba do tego podejść bardziej kompleksowo.
Dziękuję za rozmowę.
Cały tekst „Zakazy? Jestem sceptyczny. Dr hab. Jacek Pyżalski: Nowe technologie nie są jedyną przyczyną problemów młodych ludzi” – TUTAJ
Źródło: www.glos.pl
To skrócona wersja wywiadu opublikowanego w „Głosie Nauczycielskim” nr 14-15 z 8-15 kwietnia br.[W.K.]
Dzisiaj udostępniam najnowszy tekst Danuty Sterny, w którym przedstawia plusy i minusy stosowania sztucznej inteligencji w procesie uczenia się:
Jak ograniczyć czas spędzany przed ekranem w klasie
Toczy się dyskusja na ile wpuścić ekrany do szkól. Podnoszą się głosy nawet o wycofaniu ich ze stosowanie podczas lekcji. Ale jest też duża grupa w edukacji. która uważa, że AI jest bardzo pomocne i niezbędne we współczesnych czasach.
Zanim władze oświatowe coś postanowią (a na razie miotają się między dwoma opcjami) warto pomyśleć, co może w tej sprawie zrobić sam nauczyciel.
Narzędzia cyfrowe mają swoich zwolenników, przede wszystkim z powodu oszczędności czasu i dostępu do danych, które bez nich byłoby trudno osiągalne. Przeciwnicy zaś cytują badania naukowe, pokazujące, że technologie ograniczają krytyczne myślenie uczniów i w nadmiarze źle wpływają na psychikę młodych ludzi.
Nie wiadomo, czy potencjalne korzyści ze stosowania sztucznej inteligencji przewyższają wady.
Jareda Cooneya Horvatha w swojej książce: „ The Digital Delusion: How Classroom Technology Harms Our Kids’ Learning—and How to Help Them Thrive Again”) , zajmuje się wyczerpująco tym problemem. Jednym z wniosków zamieszczonych w książce jest: Warto ograniczyć stosowania AI tylko do działań celowych. Więcej można przeczytać na ten temat w artykule Andrew Boryga – TUTAJ Polecam też mój artykuł w języku polskim – TUTAJ
Warto uzmysłowić uczniom, że nie ma drogi na skróty w uczeniu się, kluczowe jest włożenie wysiłku. Widać to na przykładzie skrolowania filmików w mediach społecznościowych. Bardzo szybko wylatują z pamięci, tak samo jest z filmami, które obejrzeliśmy w kinie, trudno sobie przypomnieć, o czym były i mało się człowiek z nich uczy. Dawno też porzucono pomysł uczenia się z telewizji, jako mało skuteczny. Potrzebna jest zaangażowanie uczącego się.
Uczniowie uczą się nie po to, aby było łatwo, ale że warto. Nacisk powinien być położony na sens uczenia się właśnie tego, co proponuje program nauczania. Rola nauczyciela jest ten sens przybliżyć.
Można zaproponować uczniom eksperyment polegający na przygotowaniu się na dwa sposoby do sprawdzianu, jeden z AI, a drugi tradycyjny. Wyniki sprawdzianów powinny same świadczyć za wyborem.
> Prawdziwa nauka wymaga uwagi, wysiłku i produktywnej walki.
Można użyć też porównania z ćwiczeniem na siłowni. Samo ćwiczenie nie jest przyjemne i zabiera czas, ale efekt jest godny wysiłku.
Jednak nie oznacza to, że nauka nie może być przyjemna, a nawet radosna, ale przyjemność nie jest głównym celem. Celem jest rozwój, który wymaga wysiłku .
O tym świadczy teoria nastawienia na rozwój, która głosi profesor Caroll Dweck. Jeśli uczniowie ją poznają i uznają za trafną, to będą widzieli sens we wkładaniu wysiłku, a nie w skracaniu czasu nauki. Dodatkowo będę upatrywać sukces we włożeniu wysiłku, a nie we wrodzonych zdolnościach. Jest to duża zachęta do nauki, poprzez pracę, a nie dziedziczenie genów.
Nie ma sensu informowanie uczniów, że technologia jest „zła”, można razem z uczniami zastanawiać się gdzie jest dobra, a gdzie szkodzi.
Można podzielić się z uczniami wnioskami z badań , które mówią, że na tym etapie „ryzyko związane z wykorzystaniem sztucznej inteligencji generatywnej w edukacji dzieci przyćmiewa korzyści”.
Takie same rozmowy warto przeprowadzić z rodzicami uczniów, aby byli sojusznikami decyzji, a nie oponentami.
Warto podzielić się powodami, dla których nauczyciel chce ograniczyć technologie na lekcji, celem jest ograniczanie, a nie karanie. Nauczyciel chce, aby uczniowie polegali na własnych, sprawnych umysłach, unikali natychmiastowego szukania pomocy w technologiach edukacyjnych i nie zastępowali własnego myślenia użyciem technologii.
> Drugi temat do rozmowy: zastępowanie własnej pracy użyciem technologii.











