
O tym, że edukacja obywatelska jest tak samo ważna w ogólniaku, jak i w branżówce
Nie mogę nie rozpocząć tego eseju od „rozliczenia” wiodącego tematu poprzedniego eseju „Niespodziana deklaracja Nowackiej na Europejskim Kongresie w Katowicach i jej konteksty”. Na kluczowe pytanie „odwoła czy nie odwoła do końca kwietnia?” – Premier Tusk Ministrę Nowacką, znamy już odpowiedź. Wszak jest już trzeci dzień maja i „na Szucha bez zamian”. Jednak nadal zastanawiająca jest tz zaskakująca wypowiedź Nowackiej, która zapytana podczas jej obecności na Europejskim Kongresie Gospodarczym w Katowicach o realizacię żądania ZNP powiązania wysokości wynagrodzeń nauczycieli z niezależnym wskaźnikiem przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce, po latach uników zadeklarowała, że „…doprowadzimy taki projekt do końca, tak żeby nauczyciele mieli powiązane wynagrodzenie ze wskaźnikami gospodarczymi.”
Natomiast po tygodniu doszedłem do wniosku, że powodem wygłoszenia tego oświadczenia nie był żaden z tych trzech wymienionych w tamtym eseju, lecz wykorzystanie okazji do publicznego zaprezentowania się jako „władza, która słucha suwerena”, ale bez gwarancji dotrzymania obietnicy. Wszak to nie ona jest w tej materii decydencką – to rząd i większość parlamentarna…
A teraz o tym, co dziś uznałem za warte skomentowania. Po przeglądzie wydarzeń i tematów, poruszanych w mediach wybrałem problem, unaoczniony przez Anetę Derdę w tekście „Edukacja obywatelska w szkołach branżowych”, który z bloga CEO zamieściłem we wtorek 28 kwietnia.
Dlaczego akurat o tym? Bo to jest „bliski mi tekst” – jak napisałem we wprowadzeniu do tego materiału. Znający moją biografię wiedzą, że po szkole podstawowej byłem uczniem 3-letniej Szkoły Rzemiosł Budowlanych, jak przez kilka lat nazywana była ta szkoła kształcąca murarzy i tynkarzy, przez następne dziesięciolecia określana zasadniczą szkołą zawodową. Jak wiemy – za kadencji ministry Anny Zalewskiej – od 1 września 2017 r. – zasadnicze szkoły zawodowe zostały przekształcone w 3-letnie branżowe szkoły I stopnia.
Wszyscy znający jak ten świat jest urządzony wiedzą, że zastąpienia szyldu z nazwą „Zasadnicza Szkoła Zawodowa” szyldem „Szkoła Branżowa I stopnia” nie sprawi, że ten typ szkoły przestanie być traktowany jak „szkoła ostatniego wyboru, a o jej uczniu nie będzie się mówiło jak o kimś „przegranym”. Tak jak zamiana słowa „prostytutka” określeniem „kobieta lekkich obyczajów” nie sprawi, że zajęcie którym owa kobieta się zajmuje stanie się szanowaną powszechnie profesją.
I właśnie fakt, że najpierw sam byłem takim „przegranym”, a po latach kierowałem zespołem szkół zawodowych, którego częścią była zasadnicza szkoła zawodowa, każe mi napisać o tym, jak ja widzę ten problem. A widzę podobnie jak Aneta Derda – że nic się w społecznym sytuowaniu szkół branżowych nie zmieniło. Oto cytaty z jej tekstu:
W uczniach szkół branżowych (samorządy – WK) widzą głównie pracowników lub przedsiębiorców, rzadziej aktywnych obywateli, a niemal nigdy – społeczników i aktywistów. Pomimo wprowadzania kolejnych reform edukacji takie stereotypy i autostereotypy nie znikają. Dochodzi następny – szkoły branżowe są miejscem mniej prestiżowym niż te ogólne, utarło się, że trafiają tam uczniowie uczący się słabiej. A skoro system postrzega tę szkołę jako mniej wartościową, to nie widzi potrzeby inwestowania tam w kapitał społeczny i obywatelski. […]
Kultura pracy szkoły może oscylować między mocno hierarchiczną (wręcz przemocową), a demokratyczną i opartą o partycypację uczniowską.[…] Bez właściwie podanej edukacji obywatelskiej, trudno będzie młodzieży wypracować otwartą postawę na dyskusję i różnorodność, a także na poczucie odpowiedzialności za otoczenie oraz chęć działania na rzecz innych osób i środowiska. Przełoży się to na ich dorosłe życie i obywatelskie decyzje. Także na to, jakie warunki pracy przyjmą albo sami będą stwarzać jako przyszli pracodawcy.[…]Formuła eseju nie pozwala na obszerne wywody i prezentację moich przemyśleń i wniosków dotyczących roli, jaką mogłyby ( powinny) te szkoły odegrać – nie tylko w przygotowywaniu kadr do pacy w t.zw. „zawodach robotniczych”, ale także w zdobywaniu doświadczeń w partycypowaniu w podejmowaniu decyzji o tym co i jak dzieje się „tu i teraz” – w tej ich „malej ojczyźnie”, którą w okresie owych trzech lat stała się dla nich szkoła branżowa.
W pełni się zgadzam, że nie wystarczy, nawet najdoskonalej, realizować zawartą w 47-stronicoym rozporządzeniu podstawę programową przedmiotu edukacja obywatelska, ale trzeba codziennym doświadczaniem szkolnych sytuacji tworzyć warunki do „trenowania” postaw i umiejętności funkcjonowania w demokratycznym społeczeństwie obywatelskim. Krócej to ujmując – ważniejsze od zaliczanej na stopień wiedzy z przedmiotu jest funkcjonowanie w szkole, w której, nie fasadowo, realizowane soą zasady szkolnej demokracji.
O tym że to jest możliwe, i że to się sprawdza, wiem z własnego doświadczenia. Jako dyrektor ”Budowlanki” już w połowie lat dziewięćdziesiątych zadbałem o to, aby samorząd uczniowski był współuczestnikiem decyzji, nie tylko ich dotyczących, ale także w sprawach funkcjonowania szkoły jako środowiska społecznego, oczywiście z wyłączeniem spraw zastrzeżonych do kompetencji rady pedagogicznej. Także wtedy – z inicjatywy uczniów – funkcja przewodniczącego samorządu szkolnego została nazwana „prezydentem samorządu”, a także jego wybór przebiegał na wzór wyborów prawdziwego prezydenta: ze zgłaszaniem kandydatów, prezentowaniem ich programów, powołaniem komisji wyborczej i przeprowadzeniem tajnych wyborów. A o pracy Sejmu mogli się dowiedzieć „pierwszej ręki”, bo zaprosiłem na spotkanie z uczniami łódzkiego posła, który – bez agitacji za swoją partią – opowiadał im o sejmowych procedurach stanowienia prawa. I odpowiadał na wiele uczniowskich pytań…
Że to miało sens mogłem się przekonać po latach, kiedy spotykałem absolwentów „mojej” szkoły w roli radnych Rady Miasta i Sejmiku Wojewódzkiego, także jako przewodniczących komisji, a nawet jeden z nich został komisarycznym prezydentem Łodzi, kiedy w wyniku referendum odwołany został poprzedni prezydent Jerzy Kropiwnicki.
Reasumując – edukacja obywatelska, nie zawężona jedynie do przedmiotu, jest tak samo ważna w liceum ogólnokształcącym, jak i w „branżówce”! A to nie tylko dlatego, ze nigdy nie można przewidzieć jak potoczą się dalsze losy dzisiejszych jej uczniów, ale przede wszystkim dlatego, aby w przyszłości nie stali się łatwym łupem agitatorów z populistycznych, antyeuropejskich partii, walczących „za wszelką cenę” o glosy wyborców…
Włodzisław Kuzitowicz
Z kilkudniowym opóźnieniem udostępniam, bez skrótów, tekst Jarosława Pytlaka, zamieszczony na blogu „Wokół Szkoły” 28 kwietnia. Przyznam się, że oczekiwałem na reakcję na to „wyznanie” ze strony innych bywalców Internetu, aktywnych w obszarze oświaty. Ale, jak dotąd, nie udało mi się ni na żaden taki komentarz natrafić. Przeto już dłużej nie zwlekam – tekst powinien zostać szeroko upowszechniony:
Nie ma w słowniku ludzi kulturalnych słów…
28 kwietnia ministra Nowacka pochwaliła się w mediach społecznościowych: „Dziś odbyło się pierwsze czytanie projektu ustawy o prawach i obowiązkach ucznia”. Mowa o 45 stronach pełnych prawniczego żargonu, na których zapisano powołanie do życia kolejnej biurokratycznej struktury w systemie edukacji, jaką ma być instytucja Rzecznika Praw Uczniowskich. Obligatoryjna na szczeblu krajowym, wojewódzkim oraz szkolnym. W istocie ustawa ta stanowi kolejny krok w kierunku paragrafizacji systemu edukacji – uczynienia z placówki oświatowej urzędu uwikłanego w dziesiątki procedur, mających w założeniu chronić dzieci i młodzież przed złą wolą i nieudolnością pedagogów. Poszerzy ona tylko pole, na którym ścierać się będą racje rodziców i nauczycieli, już teraz bardzo odległe i często rodzące konflikty.
Napiszę bez ogródek – ta ustawa stanowi gwóźdź do trumny dla jakichkolwiek nadziei na wsparcie szorującego po dnie autorytetu szkoły w społeczeństwie. Zapewne spotka się z uznaniem osób przekonanych o opresyjnym charakterze tej instytucji, braku kompetencji i dobrej woli nauczycieli, ale jej podstawowym skutkiem będzie dalsza ewolucja relacji opartych na (jednak) autorytecie nauczyciela w kierunku szermierki prawnej między dorosłymi, której dzieci będą świadkami lub, co gorsza, uczestnikami. Podaję tu link do projektu ustawy (w wersji, w jakiej trafił do sejmu) – proszę sobie poczytać i przekonać się, że to kolejna sterta biurokratyczno-legislacyjnej mierzwy, którą urzędnicy próbują sformatować funkcjonowanie społeczeństwa. Tyle mojego zdania, które zapisuję bez nadziei, że na cokolwiek wpłynie, jedynie jako kolejny przyczynek do debaty, dlaczego szkoła w obecnej wersji staje się miejscem nie do życia, z coraz większą niechęcią traktowanym przez
x x x
Na marginesie powyższego podejmę tutaj jeszcze jeden wątek. Otóż wprowadzając kolejną biurokratyczną strukturę rzeczników praw uczniowskich, w dokumencie zatytułowanym „Ocena skutków regulacji” (OSR) opisano przewidywany koszt jej utrzymania na poziomie krajowym i wojewódzkim. Trzeba uczciwie przyznać, niewielki – marne kilka milionów złotych rocznie; więcej chyba zarobią w tym czasie prawnicy wynajmowani przez rodziców pokrzywdzonych dzieci oraz nauczyciele broniący się przed oskarżeniami (co symptomatyczne, w drugą stronę to nie będzie działać – prawda?!). Jako że jednak w polskiej oświacie mamy sezon na bezkosztowość, wymyślono, że na poziomie szkoły rzecznikiem praw uczniowskich będzie z urzędu opiekun samorządu szkolnego. W związku z tym w OSR stanęło jak byk: „Z uwagi na połączenie stanowisk szkolnych rzeczników praw uczniowskich z opiekunami samorządu uczniowskiego brak będzie wydatków płynących z projektowanej ustawy na szczeblu szkolnym”. I jest to coś, na co nie ma w słowniku ludzi kulturalnych słów, które mogłyby dostatecznie obelżywie określić działanie władzy oświatowej.
W tej chwili opiekun samorządu uczniowskiego nie ma ustawowego zakresu obowiązków. Art. 85 Prawa Oświatowego stanowi tylko, że samorząd ma prawo wyboru nauczyciela pełniącego funkcję jego opiekuna. Nie ma też żadnych zasad wynagradzania za tę funkcję. W niektórych placówkach taka osoba może otrzymać dodatek motywacyjny, ale jest to wyłącznie kwestia dobrej woli dyrektora i możliwości finansowych danej placówki.
Nowa ustawa wprowadza konkretne zadania, a mianowicie:
1)monitorowanie stanu przestrzegania praw uczniowskich w szkole lub placówce, w której działa;
2)upowszechnianie wiedzy na temat praw i obowiązków uczniowskich oraz współpraca w tym zakresie z organami szkoły lub placówki, w której działa;
3)wspieranie członków społeczności szkolnej w działaniach, o których mowa w ust. 2;
4)współpraca z Krajowym Rzecznikiem oraz właściwymi terytorialnie wojewódzkim rzecznikiem i właściwym gminnym rzecznikiem albo powiatowym rzecznikiem – jeżeli został powołany, w zakresie, o którym mowa w pkt 2 i 3;
5)przyjmowanie i rozpatrywanie skarg dotyczących naruszenia praw uczniowskich składanych w interesie:
a)publicznym, w szczególności w sprawach związanych z działalnością szkoły lub placówki, w której działa szkolny rzecznik,
b)indywidualnym lub na rzecz osoby trzeciej, za jej zgodą – w przypadku gdy skarga dotyczy naruszenia praw uczniowskich w szkole lub placówce, w której działa szkolny rzecznik, albo gdy skarga została przekazana zgodnie z właściwością przez inny organ ochrony praw uczniowskich na podstawie art. 42f ust. 4 pkt 3;
6)umożliwienie anonimowej formy kontaktu uczniów szkoły lub placówki, w której działa szkolny rzecznik, ze szkolnym rzecznikiem oraz upowszechnienie informacji o tej formie kontaktu przez zamieszczenie jej na stronie internetowej tej szkoły lub placówki lub w inny sposób zwyczajowo przyjęty w tej szkole lub placówce.
Oto więc pracujący co do zasady pro bono opiekun samorządu otrzyma bogaty zestaw zadań, wymagających poświęcenia dużej ilości czasu, a także – co możliwe – wikłających go w sytuacje stresowe, związane z koniecznością przyjmowania i rozpatrywania skarg. I ma to nadal robić pro bono!
Powtórzę raz jeszcze: nie ma w słowniku ludzi kulturalnych słów, które mogłyby dostatecznie obelżywie określić to, co w tej ustawie chce zrobić ministra Nowacka!
Po raz kolejny czuję się upokorzony przez formację polityczną, którą poparłem w wyborach, bo obiecywała nową jakość w polityce. Jest bowiem dla mnie upokarzające liczenie na to, że weto prezydenta, reprezentującego obcy mi obóz polityczny, wyśle ten bubel prawny w kosmos!
Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl/blog/
Moje wspomnienia w dniu 1. Maja – głównie nie o pierwszomajowych pochodach
Data 1 maja wywołuje u mnie dwa skojarzenia: pochody pierwszomajowe w peerelowskich latach mojej młodości oraz wczesnej dorosłości, ale i dzień wstąpienia Polski do Unii Europejskiej. Mając świadomość, że czytają te moje teksty ludzie w różnym wieku (i z różną pamięcią) postanowiłem dzisiaj przypomnieć te dwie okazje.
Pierwszym jest, nieomal odruchowe, wspomnienie pochodów pierwszomajowych. Nie mam żadnych prywatnych zdjęć, aby zilustrować jak one się prezentowaly i jaki był ich „wydźwięk ideowy”, przeto posłużę się fotką z archiwum „Dziennika Łódzkiego”:
Więcej zdjęć – TUTAJ
W mojej pamięci pochody te utrwaliły się jako wspomnienie z dwu okresów mojej w tym dniu aktywności. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku byłem ich uczestnikiem jako instruktor ZHP, która to organizacja młodzieżowa musiała wystawiać w nich swoją reprezentację. Nie mam w domowym archiwum zdjęć z tego okresu, więc zilustruję to zdjęciem zaczerpniętym z Internetu:
Jako osoba już w tej organizacji niezrzeszona także kilkakrotnie byłem uczestnikiem tych pochodów – już w roli pracownika naukowo-dydaktycznego Uniwersytetu Łódzkiego. Ostatni raz uczestniczyłem w takim przemarszu ulicą Piotrkowską 1 maja 1981 roku wraz z moim, wtedy ośmioletnim, synkiem. Szliśmy wtedy z flagę biało czerwoną, którą zabrałem do domu – wywieszałem ją przez wiele lat na balkonie, ale nie 1. a 3. maja. Niestety – zaginęła gdzieś fotka, dokumentująca to ,historyczne, wydarzenie.
Ale po trzykroć wolę dzisiejszą datę łączyć z dniem wejścia Polski do Unii Europejskiej. I dlatego wszystkim, którzy tego dnia nie pamiętają (lub nie chcą pamiętać), albo nie mogą pamiętać – bo byli za mali, przywołam dziś kilka faktów, poprzedzających ten dzień.
Aby mógł on nastąpić musieliśmy, my dorośli obywatele Rzeczpospolitej Polskiej, wypowiedzieć się „za” czy „przeciw” – w referendum. Odbyło się ono w dniach 7-8 czerwca 2003 roku. Polacy opowiedzieli się w nim za członkostwem w UE: 13 516 612 (77,45%) głosów było na „tak”, a tylko 3 936 012 (22,55%) głosowało na „nie”. Jako że w referendum uczestniczyło 58,85% uprawnionych do głosowania – referendum było wiążące z dniem 1 maja 2004 roku Polska stała się członkiem Unii Europejskiej.
Ale zanim ten dzień nadszedł, patronowałem – w kierowanej przeze mnie „Budowlance” – projektowi edukacyjnemu „Żyjemy w Europie”, którego intencją było przygotowanie uczniów do wejścia Polski do Unii Europejskiej. Finałem projektu był konkurs „Znaszli ten kraj, czyli z UE na ty…” , w którym uczestniczyły reprezentacje klas. Polegał on na tym, że każda klasa wylosowała jedno z 15-u państw należących do Unii i podczas finału konkursu musiała zainscenizować kilka charakterystycznych dla tego państwa scenek, pieśni i zwyczajów. Impreza odbyła się w sali gimnastycznej – wszyscy świetnie się bawili i wyszli bogatsi w wiedzę o naszych przyszłych partnerach. Powstał także Szkolny Klub Europejski. Owocem tych działań było otrzymanie z rąk wojewody certyfikatu „Wolontariusza Europejskiego”.
I dlatego 1 maja 2024 roku mogłem, wraz z liczną reprezentacją nauczycieli i uczniów naszej szkoły uczestniczyć w fetowaniu na głównych ulicach naszego miasta tej donioslej chwili, jaką był pierwszy dzień członkowstwa Polski w Unii Europejskiej.
Znając mnie – nie zdziwicie się, że w tym miejscu przywołam, dla porządku, dwa fakty, które musiały mieć miejsce, zanim to stało się możliwe.
Źródło: https://commons.wikimedia.org/
Oto zdjęcie wykonane 23 lipca 2003 roku podczas uroczystości podpisania dokumentu ratyfikacji Traktatu dotyczącego przystąpienia Rzeczypospolitej Polskiej do Unii Europejskiej w Pałacu Prezydenckim. Od lewej: Premier Leszek Miller, Prezydent Aleksander Kwaśniewski (siedzi), Marszałek Sejmu Marek Borowski i szefowa Kancelarii Prezydenta RP Jolanta Szymanek-Deresz
Źródło: https://wiadomosci.wp.pl/
A w maju 2004 roku, Premier Leszek Miller, Prezydent Aleksander Kwaśniewski i szef MSZ Włodzimierz Cimoszewicz, podczas ateńskiego szczytu UE, podpisali traktat o rozszerzeniu Unii Europejski. Przypominam ten fakt, ilustrując to zdjęciem, na przekór tym wszystkim, którzy dzisiaj nazywają ich postkomunistami i przeciwnikami Wolnej Polski
Od tamtej pamiętnej daty mijają dzisiaj 22 lata, dlatego zakończę ten esej takim, świątecznym, akcentem:
Włodzisław Kuzitowicz
Oto obszerny fragment tekstu Katarzyny Mazur, zamieszczonego dzisiaj na portalu „Strefa Edukacji”, informujący o nietypowej skardze do Trybunału Konstytucyjnego przez radcę prawnego z Łodzi:
Uczeń bez głosu w swojej sprawie. Skarga do TK uderza w Kartę Nauczyciela
Do Trybunału Konstytucyjnego trafiła skarga na przepisy Karty Nauczyciela. Chodzi o postępowania dyscyplinarne wobec nauczycieli i o to, czy uczeń powinien mieć w nich prawo głosu, jeśli sprawa dotyczy naruszenia jego praw lub dobra. Dziś — według autora skargi — uczeń ani jego rodzice nie są w takim postępowaniu stroną. Nie mogą też sami odwołać się od rozstrzygnięcia komisji dyscyplinarnej, nawet jeśli uznają, że decyzja nie chroni dziecka w wystarczający sposób.
Skargę konstytucyjną wniósł 24 kwietnia 2026 r. radca prawny Tomasz A. Kuśmierek. Została złożona w imieniu małoletniej Sary Małeckiej-Trzaskoś, ale — jak podkreśla pełnomocnik — jej znaczenie wykracza poza jednostkową sprawę. – Jej istota nie sprowadza się do jednostkowego sporu z organem dyscyplinarnym. To sprawa o coś znacznie poważniejszego, a mianowicie o miejsce nastoletniej uczennicy w systemie ochrony prawnej wtedy, gdy postępowanie dyscyplinarne nauczyciela dotyczy właśnie jej dobra – przekazał Tomasz A. Kuśmierek.
Skarga dotyczy dwóch przepisów Karty Nauczyciela: art. 85k ust. 1 oraz art. 85m ust. 1. To one określają, kto może odwołać się od rozstrzygnięć zapadających w postępowaniu dyscyplinarnym wobec nauczyciela.
Według pełnomocnika obecne przepisy dają takie prawo rzecznikowi dyscyplinarnemu oraz obwinionemu nauczycielowi lub jego obrońcy. Nie przewidują jednak podobnego uprawnienia dla ucznia, nawet jeśli postępowanie dotyczy naruszenia jego praw lub dobra.
Na tym polega główny problem wskazany w skardze. Karta Nauczyciela mówi o odpowiedzialności nauczyciela za naruszenie praw i dobra dziecka, ale jednocześnie nie daje temu dziecku realnego udziału w postępowaniu. Uczeń może więc być osobą, której sprawa bezpośrednio dotyczy, ale formalnie pozostaje poza procedurą. Nie ma statusu strony i nie może samodzielnie — przez rodziców lub przedstawicieli ustawowych — zaskarżyć decyzji komisji dyscyplinarnej.
– Karta Nauczyciela zna kategorię czynu naruszającego prawa i dobro dziecka. Ustawodawca dostrzega więc, że w postępowaniu dyscyplinarnym wobec nauczyciela może chodzić nie tylko o interes szkoły, zawodu czy administracji, ale także o prawa uczennicy czy też ucznia. Mimo to nie przyznaje temu młodemu człowiekowi statusu strony postępowania, i ca za tym idzie pozbawia pokrzywdzone dziecko realnego wpływu na to postępowanie – wskazuje Kuśmierek.
Zdaniem autora skargi obecny model postępowania dyscyplinarnego prowadzi do sytuacji, w której uczeń może być centralną osobą z perspektywy przedmiotu sprawy, ale pozostaje poza procedurą. O rozstrzygnięciu mogą decydować organy dyscyplinarne, rzecznik i obwiniony nauczyciel, natomiast dziecko i jego rodzice nie mają narzędzi pozwalających na kontrolę tej decyzji. […]
Bezpośrednio skarga wiąże się ze sprawą małoletniej uczennicy, której nie dopuszczono do udziału w postępowaniu dyscyplinarnym przed Komisją Dyscyplinarną dla Nauczycieli przy Wojewodzie Pomorskim. Uczennica miała działać przez swoich przedstawicieli ustawowych, czyli rodziców. Jak przekazuje Tomasz Kuśmierek, komisja uznała jednak, że przepisy nie dają dziecku w takim postępowaniu statusu osoby pokrzywdzonej, uczestnika ani strony.
Ta decyzja została zaskarżona. Według informacji pełnomocnika Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gdańsku odrzucił skargę 4 grudnia 2025 r. Sprawa trafiła następnie do Naczelnego Sądu Administracyjnego, który 11 marca 2026 r. oddalił skargę kasacyjną.
– W praktyce powstał więc klasyczny węzeł proceduralny, otóż sąd administracyjny nie zbadał sprawy merytorycznie, ponieważ wskazał na odrębną regulację wynikającą z Karty Nauczyciela, przy czym w postępowaniu dyscyplinarnym pokrzywdzone dziecko nie ma uprawnień strony postępowania – wskazuje Kuśmierek.
To właśnie ten mechanizm stał się podstawą skargi konstytucyjnej. Pełnomocnik chce, by Trybunał ocenił, czy przepisy Karty Nauczyciela mogą pomijać ucznia w sytuacji, gdy postępowanie dotyczy naruszenia jego praw lub dobra.
Skarga nie dotyczy odpowiedzialności konkretnego nauczyciela, ale konstrukcji postępowania dyscyplinarnego. Kuśmierek podkreśla, że nie chodzi o odebranie obwinionemu nauczycielowi prawa do obrony ani o przekształcenie postępowań dyscyplinarnych w proces karny. Chodzi o przyznanie uczniowi ograniczonych, ale realnych uprawnień procesowych.[…]
Cały tekst „Uczeń bez głosu w swojej sprawie. Skarga do TK uderza w Kartę Nauczyciela” – TUTAJ
Źródło: www.strefaedukacji.pl
Oto warta uwagi i przemyślenia oferta Centrum Edukacji Obywatelskiej. Tekst Anny Sokolnickiej pochodzi z bloga CEO:
O przywództwie, relacjach i roli dyrekcji we współczesnej edukacji
Szkoła wygląda dziś inaczej niż jeszcze kilka lat temu. Dyrektor nie tylko zajmuje się organizacją pracy i dokumentami, lecz także coraz więcej czasu poświęca ludziom. Czyli rozmowom z nauczycielami, spotkaniom z rodzicami, rozwiązywaniu napięć i szukaniu kierunku dla całej społeczności. W praktyce oznacza to codzienne decyzje, które rzadko mają jakiś oczywisty scenariusz.
Dyrektor mierzy się z sytuacjami, w których trzeba reagować szybko i uważnie. W jednej klasie pojawia się konflikt, w innej – nauczyciel potrzebuje wsparcia, a rodzic przychodzi z konkretnymi oczekiwaniami wobec szkoły. Każda z tych okoliczności wymaga rozmowy i znalezienia rozwiązania akceptowalnego przez różne strony. Doświadczenie administracyjne to za mało. Liczy się sposób prowadzenia rozmowy i gotowość do szukania wyjścia – nawet jeśli nie jest ono oczywiste.
Czy zdarzyło Ci się, że jedna rozmowa z rodzicem zmieniła bieg całego tygodnia pracy?
Partnerstwo, które naprawdę działa
W wielu szkołach kontakt z rodzicami kończy się na zebraniach i suchym przekazywaniu informacji. Ale tam, gdzie współpraca wygląda inaczej, zmienia się codzienne funkcjonowanie szkoły. Rodzice chętnie włączają się w organizację wydarzeń, asystują w działaniach wychowawczych, dzielą się swoimi umiejętnościami. W jednej szkole aktywnie organizują pikniki szkolne, w innej – prowadzą warsztaty albo angażują się w aktywności fundacji, które wspierają placówkę.
Taka współpraca nie pojawia się sama. Wymaga decyzji dyrektora, żeby otworzyć szkołę na obecność rodziców i potraktować ich jak partnerów. Oznacza to także zgodę na to, że nie wszystko da się zaplanować z góry, i że pojawią się różne (odmienne) pomysły, które trzeba będzie wspólnie omówić.
Szkoła jako miejsce spotkań
Coraz częściej szkoła przestaje być instytucją zamkniętą. Staje się miejscem, w którym spotykają się uczniowie, rodzice i mieszkańcy okolicy. Pojawiają się wydarzenia, inicjatywy i działania, które wykraczają poza lekcje. Dla uczniów to namacalne doświadczenie – widzą, że mogą mieć wpływ na to, co dzieje się wokół nich.
Natomiast z perspektywy dyrektora oznacza to dodatkowe wyzwania. Trzeba znaleźć sposób na zagospodarowanie zaangażowania rodziców, na wsparcie nauczycieli pracujących z różnorodnymi klasami i na zadbanie o to, żeby wszystkie działania były spójne. Wiele rozwiązań powstaje w praktyce, często metodą prób i błędów.
Rozmowa z innymi (dyrektorami/dyrektorkami) robi różnicę
W takiej sytuacji pomocne są spotkania z kolegami/koleżankami po fachu. Porozmawianie z osobą, która mierzy się z podobnymi wyzwaniami, pozwala zobaczyć własną sytuację z innej perspektywy. Nie chodzi o gotowe odpowiedzi, a o wymianę doświadczeń i sprawdzenie, co działa w innych szkołach.
Na Letniej Szkole Dyrektorów organizowanej przez Centrum Edukacji Obywatelskiej uczestnicy pracują na konkretnych przykładach ze swoich szkół. Analizują sytuacje, które wydarzyły się naprawdę, wspólnie szukają możliwych rozwiązań. Spotykają się osoby z różnym doświadczeniem, dzięki czemu rozmowy są osadzone w praktyce, a nie w teorii.
Rola dyrektora w codzienności szkół
Można też spojrzeć na rolę dyrektora jako na budowniczego mostów: pomiędzy różnymi potrzebami, oczekiwaniami i sposobami patrzenia na szkołę. Wszystkie grupy – nauczyciele, uczniowie, rodzice, organy prowadzące – wnoszą własną perspektywę. Zadaniem dyrektora nie jest ich ujednolicenie, lecz stworzenie przestrzeni, w której mogą się spotkać i zostać wysłuchane. Oznacza to często prowadzenie rozmów, które nie są łatwe, a także podejmowanie decyzji wymagających odwagi i odpowiedzialności.
Ważnym elementem tej pracy jest także wzmacnianie nauczycieli. To oni na co dzień są najbliżej uczniów i mają realny wpływ na atmosferę, jaka panuje w klasie. Dyrektor, który potrafi wspierać ich rozwój, dawać konstruktywną informację zwrotną i tworzyć warunki do współpracy, buduje szkołę opartą o zaufanie. W takich zespołach łatwiej dzielić się doświadczeniem, na bieżąco szukać nowych rozwiązań i reagować na zmieniające się potrzeby uczniów.
Nie bez znaczenia jest również sposób komunikacji. Jasność, uważność i gotowość do słuchania często decydują o tym, czy trudna sytuacja przerodzi się w konflikt, czy stanie się początkiem zmiany. Dyrektorzy podkreślają, że wiele napięć można rozładować na wczesnym etapie, jeśli znajdzie się czas na rozmowę i nazwanie problemu. To nie wymaga skomplikowanych narzędzi, tylko konsekwencji i otwartości.
Coraz częściej mówi się też o dobrostanie całej społeczności szkolnej. Przeciążenie, stres i szybkie tempo zmian dotykają zarówno uczniów, jak i nauczycieli. Dyrektor, który dostrzega te wyzwania, może wprowadzać rozwiązania wspierające równowagę – od drobnych zmian organizacyjnych po większe decyzje dotyczące kultury pracy szkoły. To proces, który nie kończy się na jednej decyzji, on wymaga stałej atencji.
Właśnie dlatego tak cenne są przestrzenie, w których można na chwilę wyjść z codziennego rytmu i spojrzeć na swoją pracę z dystansu. Spotkanie z innymi dyrektorami pozwala nie tylko znaleźć inspiracje, lecz także upewnić się, że wiele wyzwań jest wspólnych. To daje poczucie, że nie trzeba działać w pojedynkę i że zmiana jest możliwa – krok po kroku, w realiach konkretnej szkoły.
Chwila na zatrzymanie
Codzienna praca dyrektora rzadko daje przestrzeń na refleksję. Teraz to moment, którego często brakuje w kalendarzu, choć MA realny wpływ na jakość podejmowanych decyzji.
Łatwo działać z rozpędu, przechodząc od jednej sprawy do kolejnej. Natomiast takie spotkania pozwalają się zatrzymać i przyjrzeć temu, co działa, a co wymaga zmiany. Nie chodzi o znalezienie jednego uniwersalnego sposobu prowadzenia szkoły. Ważniejsze jest zrozumienie własnych decyzji i ich konsekwencji. To właśnie w takich momentach pojawia się szansa na wprowadzenie zmian, które mają znaczenie w codziennej pracy szkoły.
Letnia Szkoła Dyrektorów odbędzie się w dniach 17-18 sierpnia 2026.
Miejsce: Warlity Wielkie, koło Ostródy.
Szczegóły programu i zapisy – TUTAJ
Zarezerwuj sobie czas na refleksję, której brakuje w codziennym biegu. Dołącz do grona dyrektorów, którzy świadomie rozwijają swoją rolę.
Źródło: www.ceo.org.pl
Oto jedyna na ten temat informacja, pozyskana ze strony MEN, o niezapowiadanym szerzej spotkaniu w Kancelarii Premiera RP w sprawie przygotowywanych przepisów o zakazie korzystania z telefonów komórkowych w publicznych szkołach podstawowych:
„Konsultacje: Cyfrowa Przyszłość Młodzieży” z udziałem Premiera i Minister Edukacji
W wydarzeniu wzięli udział uczniowie, rodzice, nauczyciele, dyrektorzy szkół, przedstawiciele organizacji pozarządowych oraz naukowcy.* Młode i eksperckie grono zostało poproszone przez Prezesa Rady Ministrów Donald Tusk o wyrażenie szczerych, również zdecydowanie krytycznych, opinii na temat projektowanego zakazu korzystania z telefonów komórkowych w publicznych szkołach podstawowych, a także ewentualnych regulacji dotyczących obecności dzieci poniżej 15. roku życia w mediach społecznościowych.
Dobre prawo to bowiem prawo skonsultowane możliwie najszerzej:
-Jako rząd nie chcemy być mądrzejsi od życia. Słuchamy młodzieży, aby mądrze podejmować decyzje – powiedział Prezes Rady Ministrów Donald Tusk.
Stronę rządową, oprócz Premiera, reprezentowali również Minister Edukacji Barbara Nowacka oraz Minister Nadzoru nad Wdrażaniem Polityki Rządu Maciej Berek.
-Dziś spotykamy się z wami – uczennicami i uczniami oraz szerokim gronem ekspertów – aby posłuchać waszego zdania o tym, jak w mądry i racjonalny sposób regulować dostęp do mediów społecznościowych oraz korzystanie z telefonów komórkowych – mówiła Minister Edukacji Barbara Nowacka.
Nad projektem ustawy wprowadzającym zakaz korzystania przez uczniów z telefonów komórkowych i innych pokrewnych urządzeń (UD381) w czwartek, 23 kwietnia 2026 r., zakończyły się konsultacje publiczne. Niebawem trafi on pod obrady Stałego Komitetu Rady Ministrów. Rząd podejmie ponadto decyzję co do kształtu ewentualnych przepisów ograniczających lub nawet zakazujących dostępu dzieci poniżej 15. roku życia do mediów społecznościowych.
Źródo: www.gov.pl/web/edukacja/
*Wszelkie starania pozyskania informacji bardziej szczegółowej o tym przedstawiciele jakich organizacji pozarządowych oraz którzy naukowcy, a także z których szkół byli tam nauczyciele i uczniowie uczestniczący w tej konsultacji, zakończyły się niepowodzeniem. [W.K.]
Dzisiaj proponuję lekturę wczoraj zamieszczonego tekstu dra Witolda Kołodziejczyka, profesora AWS, zaczerpniętego z jego bloga „Edukacja Przyszłości”. To wypowiedź kolejnego eksperta, wywołana raportem „Diagnoza Młodzieży”:
Osiem źródeł kryzysu młodego pokolenia. Co naprawdę pokazuje „Diagnoza Młodzieży 2026”?
Raport „Diagnoza Młodzieży 2026” nie powinien być czytany jedynie jako zbiór danych o problemach młodego pokolenia. Jego znaczenie jest głębsze: pokazuje on środowisko dorastania, w którym młodzi ludzie coraz częściej funkcjonują pod presją chronicznego napięcia, niepewności, cyfrowego przeciążenia, osłabionych więzi i rosnących trudności w budowaniu sprawczości. Dane zawarte w raporcie nie są więc wyłącznie opisem kondycji młodzieży. Są również pytaniem o kondycję instytucji, które mają młodych ludzi wspierać: rodziny, szkoły, wspólnot lokalnych, systemu pomocy psychologicznej, rynku pracy i polityk publicznych.
W niniejszym wpisie podejmuję próbę wskazania ośmiu potencjalnych przyczyn wybranych problemów opisanych w raporcie. Nie chodzi jednak o proste przypisanie winy konkretnym środowiskom ani o alarmistyczną diagnozę pokoleniową. Chodzi raczej o uchwycenie głębszych mechanizmów, które sprawiają, że młody człowiek coraz częściej doświadcza świata jako przestrzeni przeciążenia, niepewności i osamotnienia. W tym sensie raport staje się nie tylko diagnozą młodzieży, lecz także diagnozą dorosłego świata, który nie zawsze potrafi adekwatnie odpowiedzieć na nowe warunki dorastania.
Szczególne znaczenie ma tu szkoła. Jeżeli potraktujemy ją nie tylko jako instytucję przekazywania wiedzy, ale jako jedno z kluczowych środowisk rozwoju młodego człowieka, to problemy opisane w raporcie należy odczytywać również jako sygnał wyczerpywania się dotychczasowej logiki edukacji. Szkoła oparta głównie na realizacji programu, ocenianiu, kontroli i organizacyjnej przewidywalności coraz częściej spotyka się z uczniem, którego doświadczenie życia jest cyfrowe, relacyjne, emocjonalnie niestabilne i społecznie złożone. To napięcie może być jednym z najważniejszych źródeł dzisiejszego kryzysu.
1.Szkoła nadal działa według logiki kontroli, a młodzi żyją w logice przeciążenia
Szkoła historycznie została zbudowana wokół porządku: plan lekcji, dzwonek, klasa, program, ocena, egzamin, nadzór, obowiązek, realizacja podstawy. Ta logika miała zapewniać przewidywalność i efektywność.
Problem polega na tym, że dzisiejszy uczeń nie przychodzi do szkoły jako „czysta karta”, gotowa do realizacji programu. Przychodzi z nadmiarem bodźców, presją społeczną, presją wyglądu, presją sukcesu, napięciami rodzinnymi, cyfrowym przeciążeniem, lękiem przed oceną i porównywaniem się z innymi.
Szkoła odpowiada na to często starym językiem: frekwencja, uwaga, zachowanie, ocena, procedura, interwencja. A problem ma już głębszy charakter: dotyczy sensu, bezpieczeństwa psychicznego, relacji i poczucia sprawstwa.
2.Racjonalność instrumentalna wypiera racjonalność wychowawczą
To bardzo ważny trop. Racjonalność instrumentalna pyta: jak sprawnie osiągnąć cel? Jak zrealizować program? Jak poprawić wyniki? Jak udokumentować działania? Jak wykazać efektywność? Wychowanie nie działa wyłącznie w tej logice. Wychowanie wymaga czasu, obecności, rozmowy, zaufania, rozpoznawania napięć, reagowania na milczenie, budowania wspólnoty. Tego nie da się w pełni zamknąć w procedurach.
Jeżeli szkoła zaczyna bardziej „obsługiwać system” niż rozumieć ucznia, pojawia się pęknięcie. Uczniowie formalnie są w szkole, ale egzystencjalnie często są poza nią. Są obecni na lekcji, ale niewidoczni jako osoby.
3.Szkoła utraciła monopol poznawczy, ale nie zbudowała nowej roli
Oto obszerne fragmenty (i link do pełnej wersji tekstu) zamieszczonego dzisiaj na portalu „Strefa Edukacji”:
„To jest projekt antynauczycielski”. Sejm zdecyduje o dalszym losie ustawy
[…]
We wtorek Sejm przeprowadził pierwsze czytanie rządowego projektu nowelizacji ustawy – Prawo oświatowe, ustawy o systemie oświaty oraz niektórych innych ustaw. Propozycja przewiduje m.in. gwarantowanie uczniom ustawowego prawa do kształtowania własnego wyglądu, skatalogowanie praw i obowiązków uczniowskich oraz utworzenie sieci rzeczników uczniowskich na czterech szczeblach (krajowym, wojewódzkim, szkolnym i – opcjonalnie – gminnym).
Zmiany zakładają też, że od września 2028 r. rady szkół staną się obowiązkowe. – Rodzice, uczniowie, nauczyciele – w równej liczbie – będą razem decydować o statucie, planie finansowym, sprawach istotnych dla życia szkoły. Dajemy szkołom dwa lata na przygotowanie – powiedziała ministra edukacji Barbara Nowacka.[…]
Za dalszymi pracami nad projektem opowiedziała się większość klubów: Koalicja Obywatelska, PSL-TD, Centrum, Polska 2050 i Lewica. Ich przedstawiciele podkreślali, że zmiany są potrzebne i porządkują stan prawny. – Projekt ustawy jest odpowiedzią na potrzeby sygnalizowane przez środowisko oświatowe – argumentowała Dorota Łoboda (KO). – Uczennice i uczniowie są coraz bardziej świadomi swoich praw, chcą mieć wpływ na szkolną rzeczywistość (…). Prawa człowieka, godność człowieka – nie zostają zawieszone po przekroczeniu progu szkoły – powiedziała. Według Doroty Olko (Lewica), projekt jest dobry, ale wymaga dopracowania. M.in. chodzi o to, by „zatarcie kar odbywało się szybciej – po roku, a nie po trzech latach”.
Wniosek o odrzucenie projektu w pierwszym czytaniu zgłosił klub Prawa i Sprawiedliwości, a także koło Demokracja. – To jest projekt antyszkolny, antypolski, antynauczycielski – powiedział Zbigniew Dolata (PiS). – Ten projekt jest dokładnie odzwierciedleniem tego, co myślicie o nauczycielach. Skoro trzeba wprowadzać ekstraordynaryjny system rzeczników praw ucznia (…), to znaczy, że w polskiej szkole zdiagnozowaliście jakąś dramatyczną patologię, której sprawcami jesteśmy my, nauczyciele. Nauczyciele opresyjni wobec uczniów – ocenił.
Sprzeciw wobec projektu wyraziła Konfederacja, która ma zastrzeżenia m.in. do obowiązkowych rad szkół. – Już dziś trudno zebrać aktywną radę rodziców, a teraz dokładacie kolejny organ, który będzie opiniował, współdecydował i blokował decyzje. W małych szkołach to może się skończyć zwyczajnym paraliżem – argumentował Witold Tumanowicz.
Do głosowania nad wnioskiem o odrzucenie projektu w pierwszym czytaniu posłowie przystąpią w bloku głosowań.
Cały tekst „’To jest projekt antynauczycielski’. Sejm zdecyduje o dalszym losie ustawy” – TUTAJ
Źródło:www.strefaedukacji.pl
Oto bliski mi tekst Anety Derdy, zamieszczony na blogu CEO, w którym autorka podjęła temat „segregacji programowej” – w zależności od typu szkoły, Konsekwencją tej „polityki” jest tratowanie szkoły branżowej jak „fabryki” produkującej wykwalifikowanych robotników:
Rozdźwięk między deklaracjami decydentów a realną edukacją obywatelską w szkołach branżowych jest wyraźny. Problem ten dotyczy całej Europy. Część krajów (np. Niemcy) próbuje temu zaradzić poprzez wdrażanie nowych materiałów i szkolenie nauczycieli. Jednocześnie powszechnie słyszy się narzekania na kwestie systemowe i przestarzałe podstawy programowe.
W Polsce jesteśmy w o tyle dobrej sytuacji, że nasze filary kształcenia kompetencji obywatelskich są nowoczesne i aktualne. Ułatwia to wprowadzanie aktywizujących metod nauczania i partycypacji uczniowskiej. Niestety, sama podstawa, ani nawet najbardziej zaangażowani nauczyciele, nie są w stanie nadrobić wielu lat systemowych zaniedbań.
Dlaczego system nie widzi „branżówek”?
Szkoły branżowe są postrzegane przede wszystkim jako narzędzie do pozyskiwania na rynek szybkiego napływu wykwalifikowanych pracowników. Zależy na tym i mocodawcom, i samym uczniom, którzy zazwyczaj chcą zacząć ścieżkę zawodową jak najszybciej i być gotowymi do działania w wybranej branży. Dlatego priorytetowe stają się kwalifikacje zawodowe i możliwość spełnienia wymogów stawianych przez potencjalnych pracodawców.
Ten sposób myślenia ma swoje odzwierciedlenie w działaniach samorządów, które bardziej dbają o edukację obywatelską w szkołach ogólnych. W uczniach szkół branżowych widzą głównie pracowników lub przedsiębiorców, rzadziej aktywnych obywateli, a niemal nigdy – społeczników i aktywistów. Pomimo wprowadzania kolejnych reform edukacji takie stereotypy i autostereotypy nie znikają. Dochodzi następny – szkoły branżowe są miejscem mniej prestiżowym niż te ogólne, utarło się, że trafiają tam uczniowie uczący się słabiej. A skoro system postrzega tę szkołę jako mniej wartościową, to nie widzi potrzeby inwestowania tam w kapitał społeczny i obywatelski.
Zatem w efekcie – demokratyczność i obywatelskość nie są traktowane jako istotne wyznaczniki budowania kultury szkoły i funkcjonują jako osobny przedmiot, a nie trzon edukacji.
Jak wpływa brak odpowiednio prowadzonej edukacji obywatelskiej?
Kultura pracy szkoły może oscylować między mocno hierarchiczną (wręcz przemocową), a demokratyczną i opartą o partycypację uczniowską. To, w którym miejscu tego spektrum sytuuje się dana placówka, bynajmniej nie zależy bezpośrednio od typu szkoły, ale od kontekstu społecznego, ekonomicznego i historycznego, w jakim funkcjonuje szkoła. Jeśli kształcenie kompetencji społecznych i obywatelskich nie jest uwzględnione w programie, uczniowie tracą sposobność, aby nauczyć się i doświadczyć tego, że ich głos jest uwzględniany i ważny, że mogą zgłosić własny pomysł, albo że mają prawo się sprzeciwić, i w starciu z szeroko pojętą władzą – zostanie to usłyszane. Bez właściwie podanej edukacji obywatelskiej, trudno będzie młodzieży wypracować otwartą postawę na dyskusję i różnorodność, a także na poczucie odpowiedzialności za otoczenie oraz chęć działania na rzecz innych osób i środowiska. Przełoży się to na ich dorosłe życie i obywatelskie decyzje. Także na to, jakie warunki pracy przyjmą albo sami będą stwarzać jako przyszli pracodawcy.
Szczęśliwcy – w swoich szkołach są otoczeni dorosłymi, którzy angażują się w budowanie placówki, która jest miejscem dialogu i aktywnego uczestnictwa. Pechowcy – nie mają takiego przywileju.
A na rynku brakuje szkoleń uwzględniających specyfikę szkół branżowych, które byłyby w stanie zasypać tę przepaść powstałą w obszarze edukacji kompetencji miękkich. Nauczycielom niezwykle trudno jest bez lęku o konflikt i polaryzację dostosowywać materiał do potrzeb uczniów, angażować ich w działania społeczne, otwierać na dialog i rozmowy na ważne tematy.
Bądźmy takim społeczeństwem, jakie sami chcemy wychować
Nic się nie zmieni, jeśli to my nie zmienimy sposobu myślenia zarówno o szkołach branżowych, jak i o edukacji obywatelskiej. Zatem co jeszcze możemy zrobić?
Na poziomie szkoły:
-wspierać nauczyciela edukacji obywatelskiej i wszystkich nauczycieli, którzy są zaangażowani w budowanie kompetencji społeczno-obywatelskich. Stworzyć grupy robocze, które będą mogły współpracować ze sobą poza sztywnymi ramami przedmiotów;
-uczyć problemowo i projektowo. Wdrażać elementy projektu i miniprojektów na lekcjach, także tych zawodowych;
-wzmacniać demokrację szkolną i nie ograniczać jej tylko do wyborów przedstawicieli samorządu uczniowskiego. Wprowadzić partycypacyjne metody współdecydowania o sprawach istotnych dla uczniów;
-pokazywać aktywność obywatelską jako nowoczesny i konieczny w dzisiejszych czasach element zrównoważonego rozwoju firm;
-wprowadzać projekty oparte na relacjach i komunikacji;
-dawać uczniom okazję do działań społecznych i aktywności na rzecz lokalnej społeczności;
-włączać pracodawców w kształcenie postaw obywatelskich.
Na poziomie instytucji szkolących kadrę nauczycielską:
-dostosowywać materiały ogólne do specyficznych potrzeb szkół branżowych;
-tworzyć szkolenia i projekty przeznaczone tylko dla nich lub uwzględniać zgłaszane w trakcie zajęć ogólnych potrzeby.
Żeby działać systemowo, potrzebujemy organów prowadzących szkoły, a także samo Ministerstwo Edukacji Narodowej. Poza tym, postulaty mogą formułować sami uczniowie. Zbyt często jednak tego nie uwzględniamy i tracimy ogromny potencjał młodych ludzi. gdy należało by wziąć pod uwagę ich cenne obserwacje i nie działać w oderwaniu od nich.
Źródło: www.ceo.org.pl
Dzisiaj postanowiłem zamieścić fragmenty (i link do calości) tekstu z portali „Prawo.pl”, w którym zawarte są najważniejsze informacje o aktualnej wiosną formie pracy szkół, czyli o „Zielonych szkolach”:
Zielona szkoła to obowiązki dla nauczycieli, ale także dla rodziców
Zielona szkoła, czyli nauka w praktyce poza murami szkoły – łączy wiedzę szkolną z zajęciami terenowymi, warsztatami, aktywnością sportową. Wyjazd wyczekiwany przez uczniów wymaga spełnienia wielu formalności przez nauczycieli, ale także przez rodziców. Sama organizacja zielonej szkoły obarczona jest dość konkretnymi przepisami.
Zazwyczaj wiosną lub jesienią, w czasie trwania roku szkolnego placówki oświatowe organizują zajęcia pozalekcyjne w formie kilkudniowego wyjazdu (od 3 do 5 dni), najczęściej w miejscu atrakcyjnym turystycznie i bogatym przyrodniczo. Zieloną szkołę wyróżnia aktywny odpoczynek, praktyczne wykorzystanie szkolnej teorii i integracja rówieśnicza.
Zielona szkoła dla najmłodszych uczniów z klas 1–3 to zazwyczaj pierwszy dłuższy wyjazd dziecka bez rodziców (najczęściej trwa od 2 do 3 dni). Wyjazdy młodzieży ze starszych klas zazwyczaj trwają dłużej (4, 5, 6 dni), a niektóre szkoły organizują zieloną szkołę nawet na tydzień. Organizację i program wyjazdu dostosowuje się do wieku, zainteresowań i potrzeb uczniów, ich stanu zdrowia, kondycji, sprawności fizycznej i umiejętności (par. 5 rozporządzenia MEN z 25 maja 2018 r. w sprawie warunków i sposobu organizowania przez publiczne przedszkola, szkoły i placówki krajoznawstwa i turystyki). Dla każdego coś innego
Zielona szkoła to w dalszym ciągu szkoła, dlatego sam wyjazd z założenia powinien stanowić kontynuację toku nauczania i realizację materiału dydaktycznego w innej formie. Mimo że zielona szkoła jest formą zajęć pozalekcyjnych, nie jest obowiązkowa i nie musi być organizowana przez szkołę.[…]
Szkoły umożliwiają udział w zielonej szkole każdemu uczniowi poprzez odpowiednio ustalone i niezawyżone koszty wyjazdu. Im dłuższy wyjazd, tym najczęściej wyższe koszty, które rosną w zależności od miejsca docelowego (droższe są wyjazdy zagraniczne niż te na terenie kraju) oraz zaplanowanych aktywności. Rodzice powinni pamiętać, że mogą wystąpić do swojego pracodawcy o ewentualne dofinansowanie kosztów wyjazdu dziecka z zakładowego funduszu świadczeń socjalnych.
Rodzice/opiekunowie prawni muszą wyrazić zgodę na udział dziecka w zielonej szkole na piśmie. Do ich obowiązków należy także potwierdzenie zapoznania się z regulaminem wyjazdu i brak zastrzeżeń do regulacji. Nieobowiązkowe, ale zalecane jest zapoznanie się z programem całego wyjazdu.
Istotne jest poinformowanie wychowawcy (opiekunów) na temat zdrowia dziecka, w szczególności przyjmowanych leków, a także potencjalnych alergii (jeśli dziecko musi stale przyjmować leki, niezbędna jest dodatkowa zgoda rodzica na podawanie leków dziecku). […]
Co do zasady, w przypadku zielonych szkół organizowanych w profesjonalnych ośrodkach, zajęcia prowadzą wykwalifikowani instruktorzy z odpowiednimi uprawnieniami, wszystkie aktywności są dostosowane do wieku i możliwości uczestników, a nauczyciele towarzyszą dzieciom przez cały pobyt.
Jednak o bezpieczeństwie należy pamiętać jeszcze przed wyjazdem na zieloną szkołę. W przypadku przejazdu autokarem rodzice mają prawo wezwać policję, aby sprawdziła stan techniczny pojazdu, stan trzeźwości kierowcy i uprawnienia do kierowania. Co do zasady zgłoszenia kontroli powinien dokonać dyrektor szkoły (kierownik zielonej szkoły, nauczyciel) z odpowiednim wyprzedzeniem, najlepiej kilka dni przed wyjazdem, aby funkcjonariusze mogli pojawić się na miejscu zbiórki. Kontrola autokaru przez policję lub ITD przed wyjazdem jest bezpłatna.
Poza tym rodzice mają obowiązek zaprowadzić i odebrać dzieci z miejsca zbiórki. Nie wolno wysadzać dzieci w innym miejscu na trasie przejazdu autokaru. […]
Liczba uczestników wyjazdu pozostających pod opieką jednego wychowawcy nie może przekraczać 20 osób. W przypadku grupy z dziećmi do 10. roku życia oraz grupy mieszanej, w której są dzieci do 10. roku życia, liczba uczestników pozostających pod opieką jednego wychowawcy wypoczynku nie może przekraczać 15 osób. Dopuszczalny jest udział nie więcej niż 2 uczestników niepełnosprawnych lub przewlekle chorych w grupie pozostającej pod opieką jednego wychowawcy (par. 4 rozporządzenia MEN w sprawie wypoczynku dzieci i młodzieży z 30 marca 2016 r.). Oprócz nauczycieli, udział mogą brać także inne osoby z odpowiednimi uprawnieniami, jak choćby przewodnicy wycieczek szkolnych.
Wychowawca klasy ponosi odpowiedzialność za bezpieczeństwo uczniów podczas wyjazdu, zapewnienie odpowiedniego zakwaterowania oraz wyżywienia, a także za przetwarzanie ich danych osobowych. Pełni również rolę organizatora, koordynując wszystkie aspekty związane z planowaniem i realizacją programu.
Wyjazd na zieloną szkołę musi być zgłoszony do kuratorium oświaty i tym zajmuje się dyrektor placówki. Do jego zadań należy również zatwierdzenie karty wyjazdu, w której określa się program, miejsce, czas trwania oraz listę opiekunów. Dyrektor szkoły jest zobowiązany zatwierdzić plan wyjazdu po sprawdzeniu, czy spełnia on wszystkie wymogi formalne. Co istotne, przepisy przewidują także konieczność poinformowania rodziców o warunkach pobytu.
Cały tekst „Zielona szkoła to obowiązki dla nauczycieli, ale także dla rodziców” – TUTAJ
Źródło: www.prawo.pl/oswiata/
















