
Wczoraj, na „Portalu dla Edukacji” zamieszczono informację o ciekawym projekcie, „oddolnie” przeprowadzonym w SP nr 1 w Chełmnie. Oto jego obszerne fragmenty i link do pełnej wersji, a także „załącznik” w postaci nagrania z programu „Halo tu POLSAT” p.t. „Cyfrowy detokst”:
78 proc. uczniów rzadziej sięgało po telefon na przerwach. Wyniki kampanii dają nadzieję
78 proc. badanych uczniów ograniczyło korzystanie z telefonów na przerwach, a 83 proc. częściej rozmawiało twarzą w twarz – wynika z ankiet po kampanii „Wylogowani z sieci”, przeprowadzonej w Szkole Podstawowej nr 1 w Chełmnie. Trwający 7 tygodni projekt zakładał dobrowolne ograniczenie korzystania z telefonów z szkole.
Kampania „Wylogowani z sieci” miała zachęcić młodych ludzi do tego, by mniej korzystali z mediów społecznościowych i budowali relacje offline. Jak wynika z raportu podsumowującego projekt przeprowadzony w Szkole Podstawowej nr 1 im. Filomatów Pomorskich w Chełmnie, 78 proc. spośród badanych uczniów ograniczyło korzystanie z telefonu podczas przerw, a 83 proc. zadeklarowało częstsze rozmowy twarzą w twarz.
Kampania trwała siedem tygodni i była skierowana głównie do uczniów klas 6–8, choć ostatecznie objęto nią również uczniów klas 4 i 5. Jej autorem jest nauczyciel języka angielskiego Tomasz „Teacher” Jarmołkiewicz, który przygotował także materiały edukacyjne, podcast oraz oprawę muzyczną i graficzną projektu. Akcja opierała się na dobrowolnym ograniczeniu korzystania z telefonów oraz mediów społecznościowych podczas pobytu w szkole. Uczniowie deklarujący udział przypinali symboliczne oznaczenia „OFF” i wpisywali się na wspólny plakat uczestników kampanii. […]
W badaniu podsumowującym udział w kampanii wzięło 105 uczniów. Z raportu wynika, że 77 proc. uczestników przyznało, iż po kilku dniach funkcjonowanie bez telefonu stawało się łatwiejsze. Jednocześnie ponad połowa badanych deklarowała, że zdarzało im się łamać zasady kampanii.
52 proc. uczniów zauważyło poprawę samopoczucia po ograniczeniu korzystania z telefonu, a 59 proc. zadeklarowało, że dzięki akcji dowiedziało się nowych rzeczy o funkcjonowaniu mediów społecznościowych i mechanizmach ich działania. 77 proc. badanych chciałoby częstszej organizacji podobnych działań w szkołach.
Według raportu 91 proc. uczniów uważa, że media społecznościowe mogą uzależniać. Organizatorzy podkreślają jednak, że problemem nie jest wyłącznie brak świadomości zagrożeń, lecz trudność w wypracowaniu skutecznych mechanizmów kontroli i konsekwencji w codziennym korzystaniu z urządzeń cyfrowych. […]
Z raportu wynika ponadto, że nauczyciele zauważyli poprawę relacji między uczniami oraz potrzebę wprowadzenia wspólnych zasad korzystania z telefonów. Rodzice z kolei wskazywali na trudności w kontrolowaniu aktywności dzieci w internecie poza domem i na rozbieżność między deklarowanymi zasadami a ich skutecznością.
Jak podkreślono w podsumowaniu projektu, największą wartością kampanii okazało się zwiększenie liczby relacji „w realu” oraz stworzenie przestrzeni do refleksji nad funkcjonowaniem człowieka w świecie cyfrowym. […]
W rekomendacjach po kampanii wskazano m.in. na potrzebę tworzenia stref offline w szkołach, organizowania warsztatów dla rodziców dotyczących higieny cyfrowej oraz regularnych działań edukacyjnych poświęconych mechanizmom działania mediów społecznościowych.
Autor kampanii zapowiedział udostępnienie wszystkim zainteresowanym szkołom bezpłatnych materiałów edukacyjnych, graficznych i multimedialnych potrzebnych do przeprowadzenia podobnej akcji.
Cały tekst „78 proc. uczniów rzadziej sięgało po telefon na przerwach. Wyniki kampanii dają nadzieję” – TUTAJ
Źródło: www.portalsamorzadowy.pl/edukacja/
Nagranie programu „Halo tu POLSAT” p.t. „Cyfrowy detokst”, w którym o wyżej opisanym projekcie opowiadali: Tomasz Jarmułkiewicz – nauczyciel i twórca tego projektu oraz czworo uczniów: Amelia, Martyna, Mikołaj i Alan i mama Mikołaja – pani Katarzyna – wszyscy ze Szkoły Podstawowej nr 1 w Chełmnie – Plik YoTuba – TUTAJ
Ostatni raz udostępniałem na OE tekst Roberta Raczyńskiego (nauczyciela j. angielskiego, tutora oraz krytyka systemu edukacji a także blogera) 6 lutego b.r. Tym razem na jego blogu „Eduopticum” wypatrzyłem wczoraj bardzo obszerną odpowiedź/polemikę/rozwinięcie tematu, z bloga prof. Czachorowskiego: „Dlaczego nauka przez całe życie i małymi porcjami?”. Jako że nie jest to tekst krótki – zamieszczę jedynie jego fragmenty, odsyłając linkiem do pełnej wersji:
Lifelong learning?
Czytam artykuł prof. Czachorowskiego, zgadzam się niemal z każdym słowem, docieram do końca i łapię się na tym, że… mam ochotę napisać tekst polemiczny, a może raczej uzupełniający, bo szczęśliwie nie należy on do popularnego ostatnio gatunku publicystyki okołooświatowej, proponującego powrót do „naturalnego uczenia się”, co mógłby sugerować lead. To raczej refleksja z perspektywy człowieka przyzwyczajonego do modelu lifelong learning, oczywistego dla Autora, ale… obcego dla zdecydowanej większości populacji.
Wbrew pozorom, gwałtownie zmieniające się środowisko wcale nie wywołuje automatycznej chęci podążania za nim, dostosowywania się do nowych trendów i środków technicznych oraz wykorzystywania ich ku swojej i społecznej korzyści. To raczej niszowa aspiracja, którą można postrzegać jako oczywistą, pożądaną i cywilizacyjnie korzystną, ale w życiu to nie zawsze racjonalne przesłanki decydują o powodzeniu jakiejś strategii – najczęściej zwycięża zwykły oportunizm i to on jest podstawą ewolucji, a nie słuszność rozwiązań.
Zacznę od pytania, którym profesor, niejako zapraszając do dyskusji, kończy swój artykuł, a które dla mnie stanowi bardziej optymistyczną retorykę niż spekulację – gdyby uniwersytety zmieniły podejście i swój modus operandi na wyżej wspomniany, to… jednocześnie zmieniłyby swój target, na zdecydowanie mniej liczny. I nie tylko. To byłby zupełnie inny target. Taki, który samodzielnie wykształcił już adekwatne potrzeby i kompetencje, bo to przecież nie uniwersytet je zapewnia (niestety, obecna szkoła też raczej nie), choć z pewnością powinien do nich nawiązywać i je rozwijać. Jednym słowem, byłaby to jakaś elita, czyli ktoś zupełnie inny niż bohaterowie dominującej dziś, populistycznej, parasocjalistycznej bajki ideologicznej, których cechuje podobno wieczna ciekawość i wewnętrzna motywacja, krępowane jedynie przez niedoskonałości zmurszałego systemu.
Myślę, że dotykamy tu fundamentalnego problemu wielu współczesnych koncepcji edukacyjnych – ukrytego założenia, a w zasadzie pięknego, humanistycznego mitu o poznawczym perpetuum mobile. Autor zdaje się zakładać, że skoro środowisko staje się dynamiczne, to ludzie automatycznie wykształcają powszechną potrzebę ciągłego uczenia się. A to wcale nie jest oczywiste, bo zdecydowanie wykracza poza biologiczny imperatyw adaptacyjny. Takie założenie przypomina liberalne przekonanie ekonomiczne, że rynek sam „wyreguluje” wszystkie procesy, tyle że tutaj rolę rynku ma pełnić ewolucja kulturowa. Można wręcz powiedzieć, że Autor implicite przerzuca ciężar selekcji z instytucji na środowisko. Innymi słowy, proponuje model, w którym przetrwają edukacyjnie ci, którzy sami, w zupełnie naturalny sposób, rozwiną odpowiednie nawyki i motywacje, w odpowiedzi na wyczerpywanie się formuły dawniejszego systemu, który, chyba z założeniem niepewności efektywności, próbował „ciągnąć” także ludzi mało zmotywowanych. Tyle, że to nie jest neutralna propozycja zmiany filozofii nauczania, to oczekiwanie zmiany antropologicznej i społecznej. Na dodatek, ewolucja nie działa ani szybko ani humanitarnie i nie gwarantuje stabilności cywilizacji. […]
Autor trafnie diagnozuje rozpad modelu edukacji zamkniętej i jednorazowej, ale jednocześnie zdaje się traktować uczenie się niemal jako spontaniczny i samowystarczalny mechanizm porządkujący rozwój człowieka. A przecież historycznie spontaniczne uczenie nigdy nie było naprawdę „wolne” i nie wyglądało aż tak romantycznie. Zawsze było zakotwiczone w silnych presjach środowiskowych i zwykle funkcjonowało w obrębie względnie prostego świata kompetencji. Dawniej „samokształcenie” czy uczenie się środowiskowe było zakotwiczone w bezpośrednim przymusie egzystencjalnym. Jeśli nie nauczyłeś się tropić, uprawiać ziemi, budować schronienia czy posługiwać się narzędziami, konsekwencje były natychmiastowe. Wiedza miała więc bardzo wyraźny mechanizm selekcyjny.
Tymczasem dziś mamy sytuację odwrotną – środowisko jest ekstremalnie złożone, wiedza jest silnie wyspecjalizowana, a konsekwencje błędnych wyborów edukacyjnych są odroczone i słabo widoczne, i ogromna część społeczeństwa funkcjonuje w cywilizacji amortyzującej skutki niewiedzy. Można latami działać poznawczo na autopilocie i nadal względnie sprawnie egzystować. Informacyjny chaos utrudnia odróżnienie wiedzy od pseudowiedzy. W efekcie „organiczne” uczenie się może bardzo łatwo przejść w przypadkową konsumpcję treści i reagowanie na algorytmy (co można łatwo zaobserwować, analizując szkołę politycznie poprawnie pozbawianą narzędzi egzekwowania swoich wymogów). Ufającym narracji „mikrokursów, mikropoświadczeń, krótkich szkoleń, szybkich certyfikatów, modułów, lektur książek czy tylko krótkich tekstów w social mediach” grozi pogoń za doraźną użytecznością, fragmentaryzacja kompetencji, a w konsekwencji… złudzenie rozwoju.[…]
Szczególnie istotną wydaje mi się, zwykle pomijana w takim przekazie, kwestia losowego zbierania kompetencji. W praktyce, bez silnych struktur orientacyjnych, niezwykle łatwo mogłoby dochodzić do rozczłonkowania wiedzy, rozwijania jedynie kompetencji chwilowo modnych, czyli edukacyjnego oportunizmu i ciągłego, ale płytkiego odpowiadania na niezliczone bodźce zamiast budowania trwałych fundamentów. W warstwie kulturowej, prowadziłoby do powierzchownego konsumowania treści, co zresztą już obserwujemy: ludzie „uczą się” ogromnych ilości rzeczy, ale często są to kompetencje bardzo doraźne, słabo osadzone w szerszym modelu rozumienia świata. Powstaje paradoks społeczeństwa permanentnej edukacji, które jednocześnie może tracić zdolność do głębokiej syntezy wiedzy.
Wiele koncepcji lifelong learning opisuje je wręcz jako konieczność systemową, ale nie odpowiada na pytanie o motor psychologiczny i społeczny. To prawda, że gospodarka wymaga ciągłego uczenia się, technologia rzeczywiście dezaktualizuje kompetencje, szkoła rzeczywiście nie jest w stanie zamknąć edukacji w jednym curriculum, ale z tego jeszcze nie wynika, że ludzie rzeczywiście będą masowo chcieli i potrafili uczyć się samodzielnie, po kawałku, przez całe życie. Myślę, że warto tu zauważyć, że, wbrew pozorom, swoisty konserwatyzm, którego dorabiamy się z wiekiem, jest również pochodną ewolucji i czemuś służy. W wielu współczesnych narracjach edukacyjnych, człowiek przedstawiany jest niemal jak system operacyjny, który można bez końca aktualizować kolejnymi „pakietami kompetencji”. Tymczasem ewolucyjnie mózg nie został zoptymalizowany pod permanentną rekonfigurację światopoglądu i kompetencji przez 70–80 lat życia. Konserwatyzm poznawczy pełni ważną funkcję adaptacyjną. To dlatego idea nieustannej reinwencji siebie może być częściowo kulturową fantazją późnej nowoczesności, szczególnie środowisk wysoko wykształconych i zawodów opartych na pracy symbolicznej. […]
Na koniec, podążając za oczywistym skojarzeniem profesora, zaryzykuję posądzenie o nierozumienie procesów historycznych, ale przypomnę, że wspomniany w ostatnich zdaniach artykułu „epizod kamienny” w dziejach ludzkości trwał kilkaset tysięcy lat, nieporównywalnie dłużej niż jakikolwiek inny. Nie tylko dlatego, że przebiegał w warunkach niemal zupełnej izolacji niewielkich ludzkich hord, praktycznie bez przepływu informacji i pod ogromną presją środowiska, do minimum ograniczającą nadwyżki energetyczne, ale również ze względu na… uczenie się, będące „nie obowiązkiem, lecz naturalną częścią życia”.
Oczywiście, epoka kamienia nie była poznawczo martwa, ale, także ze względu na skazanie społeczności na wspomniany model uczenia się, tempo akumulacji wiedzy było wtedy minimalne. I to właśnie dlatego, z ekonomicznej konieczności, a nie z jakiejś powszechnej, uniwersalnej żądzy wiedzy, społeczeństwa i cywilizacje zaczęły tworzyć hierarchie kompetencji, specjalizacje, kanony, instytucje transmisji wiedzy, oraz systemy selekcji i prestiżu, czyli dokładnie to wszystko, od czego część współczesnych narracji edukacyjnych próbuje się teraz odciąć. Paradoks polega więc chyba na tym, że nowoczesność wymaga większej samodzielności edukacyjnej niż kiedykolwiek wcześniej, ale jednocześnie przeciętny człowiek potrzebuje dziś więcej, a nie mniej, struktur porządkujących rzeczywistość poznawczą. Bo bez nich, „uczenie się przez całe życie” może łatwo przekształcić się nie w rozwój, lecz w permanentne dryfowanie między przypadkowymi bodźcami informacyjnymi. „Małe porcje, które daje się wpleść w codzienne życie i codzienne obowiązki” są z pewnością atrakcyjną alternatywą dla dowolnego, standardowego curriculum, ale jedynie dla tych ludzi, dla których zdobywanie nowej wiedzy i kompetencji jest pewnego rodzaju obyczajem i ma wartość autoteliczną, i którzy mają chęć (i nabyli umiejętność) przetwarzania abstrakcji oraz nawyk ciągłej refleksji. I, z zachowaniem proporcji i poszanowaniem realiów poszczególnych epok, zawsze tak było – bardzo optymistyczne szacunki, górną granicę liczebności tej grupy w całej populacji, niezależnie od okresu historycznego, oceniają na 30%. Realistyczne, na 15.
Rzeka dziejów, owszem, toczy swe wody w z grubsza określonym fizyką kierunku, ale nie płynie po linii prostej – często meandruje, zawraca, porzuca martwe zakola i nawet jeśli nie wchodzimy powtórnie w ten sam jej nurt i płyniemy z jej prądem, to nadal poruszamy się między jej brzegami. I po to budujemy łodzie, by móc czasami wrócić pod prąd, w te miejsca, które nadal są sensowne, w większości okoliczności i dla większości ludzi, którzy sami z siebie nie zawsze są zapatrzeni jedynie w horyzont.
Cały tekst „Lifelong learning?” – TUTAJ
Źródło: www.eduopticum.wordpress.com/
O tym, że Ministra Nowacka nie zawsze podejmuje złe decyzje
Dzisiaj dam dowód na to, że staram się sprawiedliwie obserwować polską edukację, że nie widzę wszystkiego w czarnych kolorach, a zwłaszcza, że nie krytykuję wszystkich decyzji ministry Nowackiej. A będzie to esej – bardziej faktograficzny niż refleksyjny – o powołaniu na dyrektora Ośrodka Rozwoju Edukacji Mariusza Biniewskiego, który poprzednio, w okresie dwu lat był – także przez nią powołanym – Lubuskim Kuratorem Oświaty.
Zacznę od tego, jakie decyzje w sprawie kierownictwa ORE podejmowała Barbara Nowacka po objęciu przez nią Ministerstwa Edukacji. Jeszcze grudniu 2023 r. odwołana została Marzenna Habib, która tę funkcję pełniła w dwukrotnie – zawsze jako pełniąca obowiązki dyrektora:
> Po raz pierwszy: od sierpnia 2019 r. do 8 września 2020 r.- jako pełniąca obowiązki dyrektora, powołana przez Dariusza Piątkowskiego Po niej stanowisko to objął Tomasz Madej, a ona pozostała w ORE jako wicedyrektorka.
> Po raz drugi: od 19 grudnia 2023 r. do 24 marca 2024 r. również jako pełniąca obowiązki dyrektora, powołana przez ministrę Barbarę Nowacką – po odwołaniu przez nią Tomasza Madeja.
22 marca 2024 r. został przez Ministrę Nowacką powołany – w wyniku konkursu! – na funkcję Dyrektora Ośrodka Rozwoju Edukacji Andrzej Suchenek, który przed tą nominacją był – od lutego 2020 do marca 2024 r. – pracownikiem Biura Edukacji m.st. Warszawy na stanowisku Kierownika Zespołu Komunikacji Oświatowej i zespołu obsługującego Warszawskiego Rzecznika Praw Uczniowskich. Wcześniej, w latach 1999 – 2020 r. (21 lat!) był dyrektorem Zespołu Szkół Ponadpodstawowych oraz Technikum Logistycznego i Teleinformatycznego – obie szkoły mialy swe siedziby w Łochowie, liczącym niecałe 7 tyś. mieszkańców miaście w powiecie węgrowskim, województwie mazowieckim. Był wtedy także nauczycielem przedmiotu wiedza o społeczeństwie.
Mam prawo uważać, że – jak nieliczni w centralnych władzach edukacyjnych – zdobył on w swej drodze zawodowej doświadczenie, zarówno w działalności placówek oświatowych „na prowincji”, jak i w dużych aglomeracjach miejskich. Czy sprawdził się w roli dyrektora ORE?
Eksperci i komentatorzy wskazywali, że w obliczu wprowadzanych przez MEN zmian, ośrodek funkcjonował w warunkach kryzysu, a dyrektor Suchenek zmagał się z brakami organizacyjnymi i kadrowymi, które utrudniały wsparcie dla nauczycieli.
Aż tu nagle… Aż tu nagle pan dyrektor Suchenek 18 marca 2026 roku złożył na ręce Ministry Nowackiej rezygnację z zajmowanego stanowiska. Co było jej powodem? Wszak nie zamiar przejścia na emeryturę, bo – jako urodzony 1 grudnia 1962 roku – prawa emerytalne nabędzie dopiero za ponad półtora roku!
O kulisach tej autodymisji napala „Gazeta Wyborcza” w artykule Karoliny Slowik, zatytułowanym „Pięć miesięcy do reformy Nowackiej. A ośrodek odpowiedzialny za szkolenia traci szefostwo” Odsyłam do zapoznania się z nim [TUTAJ],.
Dla potrzeb tego eseju przytoczę jego fragmenty:
„- Ktoś musiał polecieć. Nowacka wpadła w przerażenie. Premier ją pogania, bo zbliżają się wybory. Sukces reformy to jedna z kart przetargowych w kampanii wyborczej. A tu czasu jest bardzo mało. To właściwie trzy miesiące do wakacji, bo czerwiec jest specyficzny, szkoły właściwie nie pracują. Dla ORE, które ma wykształcić metodyków, ten harmonogram jest zabójczy. Nie da się przeprowadzić kaskadowych szkoleń w tak krótkim czasie. Dlatego Nowacka zmusiła Suchenka do rezygnacji. Czuła, że musi coś zrobić. A najłatwiej co się robi? Zmiany personalne – mówi nam osoba współpracująca ORE. – Mam poczucie, że reforma była przygotowywana po łebkach i ministra szukała kogoś, na kogo można zwalić winę – dodaje
Inna osoba związana z ORE dodaje: – Ktoś musi być odpowiedzialny, przecież nie jakiś starszy referent. Ale też broń Boże nie minister. Teraz MEN musi pokazać sprawczość i wstawić tam kogoś, kto będzie robił tę reformę.[…]
.
– A dzień wcześniej [przed złożeniem rezygnacji – WK],we wtorek, miał rozmowę z szefową MEN. Poprosiła go, żeby sam zrezygnował. Bo w ORE się mało dzieje i ORE mało robi z reformą. Suchenek był strasznie zdumiony: jak to mało się dzieje? Ludzie robią bokami, są przeciążeni, przemęczeni, setki imprez, konferencje, spotkania na ostatnią chwilę. A potem dowiedzieliśmy się, że kandydat jest już wybrany i pod niego jest konkurs. Podobno kurator z Gorzowa Wielkopolskiego chodzi po mieście i chwali się awansem. To naprawdę marne – ocenia nasze źródło. […]
Jednak główne przyczyny niepowodzenia ORE we wdrażaniu reformy są dwie – brak pieniędzy i zabójczy harmonogram, który wynika również z prezydenckiego weta i konieczności prowadzenia podwójnej legislacji. Gdyby prezydent Karol Nawrocki nie zawetował ustawy „Kompas Jutra” w połowie grudnia, ORE mogłoby zgodnie z planem wystartować ze szkoleniami jeszcze przed świętami.”
I to jest dowód na to, jak znakomitą szefową naszego ministerstwa jest Ministra Nowacka. Nie każdy potrafiłby w takiej sytuacji (zwłaszcza kiedy wisiała nad nią ewentualność odwołania z urzędu) tak szybko zareagować i w miejsce odwołanego dobrego dyrektora i znaleźć – równie dobrego – kandydata na dyrektora ORE!
Bo Mariusz Biniewski jest magistrem filologii polskiej i nauczycielem dyplomowanym z 25-letnim stażem. Od 2020 r. do powołania go na kuratora oświaty pełnił funkcję dyrektora Zespołu Szkół Ogólnokształcących nr 1 w Gorzowie Wielkopolskim. To nauczyciel dyplomowany, pracujący w oświacie od dwudziestu siedmiuu lat. Na Uniwersytecie Szczecińskim ukończył polonistykę, na Politechnice Poznańskiej studia podyplomowe z zakresu organizacji i zarządzania instytucjami oświatowymi, w Collegium Civitas Studia Podyplomowe Liderów Oświaty, w Wyższej Szkole Nauk Humanistycznych i Dziennikarstwa etykę i filozofię, a na Uniwersytecie Zielonogórskim – wiedzę o społeczeństwie z edukacją europejską.
Ukończył też Szkołę Tutorów Collegium Vratislaviense i prowadzoną przez Fundację „Szkoła bez ocen” oraz Instytut Zwinnej Edukacji Akademię Zwinnego Dyrektora. Od roku 2020 był dyrektorem Zespołu Szkół Ogólnokształcących w Gorzowie Wielkopolskim; w placówce tej uczył też filozofii i języka polskiego.
Ma na swoim koncie wiele osiągnięć, w tym finał ogólnopolskiego konkursu „Super Dyrektor Szkoły 2023” i wyróżnienie w konkursie im. Ireny Sendlerowej „Za naprawianie świata”. Za swoją pracę otrzymał wiele nagród, w tym Nagrodę Ministra Edukacji i Nauki oraz Odznakę Honorową Miasta Gorzowa Wielkopolskiego.
W 2025 roku został wyróżniony Odznaką Honorową za Zasługi dla Ochrony Praw Dziecka przyznawaną jest osobom, które w sposób szczególny przyczyniły się do promowania i realizacji idei praw dziecka. Była ona wyrazem uznania dla jego wieloletniego i konsekwentnego zaangażowania w działania służące dobru dzieci: ich bezpieczeństwu, rozwojowi i poszanowaniu godności młodych osób.
Rzeczniczka Praw Dziecka – Monika Horna Cieślak – w liście przesłanym z tej okazji do Mariusza Biniewskiego podkreśliła, że jego doświadczenie jako nauczyciela, jego bezpośredni kontakt z uczniami i codzienna praca w szkole pozwoliły mu nie tylko poznać realne potrzeby dzieci i młodzieży, ale także zrozumieć wyzwania, z jakimi mierzą się nauczyciele i wychowawcy. Ta perspektywa, połączona z głębokim poczuciem misji i odpowiedzialności sprawiła, że jego działania na rzecz praw dziecka są tak autentyczne i skuteczne.
Bo – oprócz tych wszystkich, niewątpliwych zasług i dorobku zawodowego – ma najważniejszą dla Ministry cechę: jest „dyspozycyjny”!
Już chyba nikt nie ma wątpliwości, ze udowodniłem tezę, postawioną w tytule tego mało refleksyjnego eseju.
Włodzisław Kuzitowicz
Dzisiaj udostępniam tekst, zamieszczony wczoraj na portalu „Edenews”, którego autorem jest Sebastian Matysiak – nauczyciel w Zespole Szkół Zawodowych w Górze Kalwarii, wykładowca Warszawskiej Akademii Medycznych Nauk Stosowanych oraz psycholog dzieci i młodzieży. Jest to jego opinia o ciągle aktualnym temacie – zwłaszcza w okresie wyboru szkół średnich przez ósmoklasistów – o wiarygodności rankingów, jako informacji o rzeczywistej jakości pracy konkretnej szkoły:
Czy rankingi szkół rzeczywiście mierzą jakość edukacji?
Co roku publikowane są rankingi szkół średnich, które dla wielu rodziców i uczniów stają się jednym z najważniejszych źródeł informacji przy wyborze szkoły. Wysokie miejsce w zestawieniu jest często utożsamiane z wysoką jakością nauczania oraz większą szansą na sukces edukacyjny.
Problem polega jednak na tym, że rankingi pokazują przede wszystkim wynik końcowy, a znacznie rzadziej próbują odpowiedzieć na pytanie, jaką realną pracę wykonała szkoła. W praktyce wysoki wynik egzaminacyjny bardzo często mówi nie tylko o jakości nauczania, ale również o tym, z jakiego poziomu uczniowie startowali.
Szkoła przyjmująca uczniów osiągających bardzo wysokie wyniki już na wejściu ma naturalną przewagę nad szkołą pracującą z młodzieżą o bardziej zróżnicowanych możliwościach i trudnościach edukacyjnych. Dlatego coraz częściej pojawia się pytanie: co właściwie mierzą rankingi szkół — jakość nauczania czy skuteczność selekcji?
Szkoła może mieć świetne wyniki dlatego, że świetnie uczy. Ale może też osiągać świetne wyniki dlatego, że przyjmuje wyłącznie uczniów już bardzo dobrze przygotowanych. I właśnie dlatego sam wynik końcowy nie wystarcza do uczciwej oceny jakości edukacji.
W obecnym modelu oceniania szkół stosunkowo mało miejsca poświęca się rzeczywistemu postępowi ucznia. Tymczasem to właśnie rozwój powinien być jednym z najważniejszych kryteriów oceny pracy szkoły.
Warto zauważyć, że już obecne przepisy prawa oświatowego podkreślają, iż ocenianie powinno uwzględniać nie tylko poziom osiągnięć ucznia, ale również jego postępy i rozwój. Tymczasem publiczna debata o jakości szkół coraz częściej sprowadza się niemal wyłącznie do końcowego wyniku egzaminacyjnego.
Przez pewien czas w polskim systemie edukacji funkcjonował wskaźnik Edukacyjnej Wartości Dodanej (EWD), który próbował uchwycić wkład szkoły w rozwój ucznia względem jego punktu startowego. Nie był rozwiązaniem idealnym, ale zwracał uwagę na niezwykle istotny aspekt procesu edukacyjnego — szkoła może wykonywać bardzo dobrą pracę także wtedy, gdy nie trafiają do niej wyłącznie uczniowie osiągający najwyższe wyniki. W praktyce oznaczało to odejście od prostego myślenia: wysoki wynik = dobra szkoła. EWD próbowało pokazać coś znacznie bardziej złożonego: na ile szkoła rzeczywiście pomaga uczniowi się rozwinąć.
Dziś ten sposób myślenia wydaje się być mniej obecny w debacie publicznej. Znacznie większą rolę odgrywają proste zestawienia punktów i miejsc w rankingach.
Konsekwencje tego podejścia są bardzo konkretne. Jeśli system premiuje przede wszystkim wynik końcowy, szkoły zaczynają dostosowywać się do logiki rankingów. Rośnie znaczenie selekcji, presja osiągnięć oraz koncentracja na rezultacie egzaminacyjnym. W takiej sytuacji łatwo zgubić podstawowy sens edukacji. Szkoła nie powinna być wyłącznie miejscem nastawionym na produkowanie wyników egzaminacyjnych. Powinna być przestrzenią rozwoju — intelektualnego, emocjonalnego i społecznego.
Jako nauczyciel i psycholog pracujący z młodzieżą widzę, że coraz więcej uczniów funkcjonuje pod silną presją ocen i porównywania się z innymi. Coraz częściej młodzi ludzie nie boją się samej nauki, ale tego, jak zostaną ocenieni. Tego rodzaju koszty psychiczne praktycznie nie istnieją w publicznych rankingach szkół.
Nie oznacza to oczywiście, że rankingi powinny całkowicie zniknąć. Problem pojawia się wtedy, gdy zaczynają być traktowane jako najważniejsze lub jedyne kryterium oceny jakości szkoły. Być może warto więc wrócić do rozmowy o tym, jak mierzyć jakość edukacji w sposób bardziej sprawiedliwy i uwzględniający rzeczywisty rozwój ucznia.
Bo szkoła naprawdę wartościowa to nie zawsze ta, która osiąga najwyższe wyniki. Czasami jest to szkoła, która potrafi sprawić, że uczeń zaczyna wierzyć, iż może sobie poradzić.
Źródło: www.edunews.pl
Oto obszerny fragment tekstu z „Portalu dla Edukacji”, informujące o kolejnym etapie prac nad obywatelskim projektem nowelizacji ustawy o systemie oświaty oraz ustawy – Prawo oświatowe, czyli tzw. projektem „Tak dla religii i etyki w szkole”:
Przerwano obrady w sprawie obowiązkowej religii w szkołach. Posłowie PiS mówią o skandalu
[…]
Na środowym wspólnym posiedzeniu komisje: Edukacji i Nauki oraz Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej zajmowały się projektem nowelizacji ustawy o systemie oświaty oraz ustawy – Prawo oświatowe, czyli tzw. projektem „Tak dla religii i etyki w szkole”.
Zakłada on m.in. wprowadzenie do szkół dwóch obowiązkowych lekcji religii lub etyki w tygodniu. Ocena z religii lub etyki miałaby być umieszczana na świadectwie szkolnym, uwzględniana przy promocji do następnej klasy i wliczana do średniej ocen.
Przygotowany przez Instytut Ordo Iuris projekt wniosło do Sejmu Stowarzyszenie Katechetów Świeckich. Pierwsze czytanie przeprowadzono pod koniec września 2025 r. Wtedy też Sejm odrzucił wniosek o odrzucenie go w pierwszym czytaniu, a projekt skierowano do komisji.
Środowe posiedzenie zwołano na wniosek grupy posłów PiS. Poseł Dariusz Piontkowski argumentował, że „od ponad pół roku mamy do czynienia tak naprawdę z zamrożeniem dalszych prac”. – Inicjatywy obywatelskie, wydawałoby się, że powinny być traktowane szczególnie przez Sejm, ponieważ (…) są głosem narodu. Zwłaszcza projekty, które mają bardzo szerokie poparcie, a ten miał poparcie ponad 500 tys. Polaków – dodał.
Doradca prezydenta RP Beata Kempa przekazała, że prezydent Karol Nawrocki „wyraża wielkie wsparcie dla tej inicjatywy”. Dodała, że „religia i etyka to nie tylko te wartości czy kwestie merytoryczne, które są przekazywane na lekcjach, ale bardzo często też wokół tych lekcji nauczyciele budują wspólnotę dobra„.
Po przystąpieniu do rozpatrywania projektu Biuro Legislacyjne Sejmu zwróciło uwagę, że Sejm pracuje obecnie nad innym projektem nowelizacji ustawy, co może powodować problemy natury technicznej.
W związku z wątpliwościami przewodnicząca posiedzeniu Krystyna Szumilas zarządziła przerwę do czasu otrzymania stanowiska rządu. – Ogłosiłam przerwę z dwóch powodów. Po pierwsze, jest wyrok Trybunału Konstytucyjnego, który mówi, że etyka i religia są przedmiotami formacyjnymi. I jedyny model, który może być realizowany, to model obecny, czyli: do wyboru religia lub etyka, lub ani religia, ani etyka – powiedziała
Dodała, że takie stanowisko przygotowało też Biuro Analiz Sejmowych. – Jest też kolizja z aktualnie procedowaną w Sejmie ustawą – poinformowała. -Chodzi o rządowy projekt nowelizacji ustawy – Prawo oświatowe o prawach i obowiązkach ucznia. – Przerwa została ogłoszona do czasu uzyskania stanowiska rządu w tej sprawie, ponieważ są duże wątpliwości co do zgodności tego projektu z konstytucją. Wyjaśnienia wymaga również sprawa kolizji z Prawem oświatowym procedowanym w Sejmie – dodała.
Decyzja przewodniczącej wywołała sprzeciw części posłów. – Wszystkich posłów, którzy chcą pracować nad projektem, bardzo proszę o pozostanie na sali – apelował Dariusz Piontkowski. – Jedna z wiceprzewodniczących może kontynuować obrady. Skoro państwo nie chcą nad tym pracować, trudno, to jest wasz wybór – powiedział.
Sytuację jako „skandaliczną” ocenili na platformie X członkowie komisji – posłowie PiS. – Komisja edukacji ws. obywatelskiego projektu lekcji religii i etyki zakończyła się skandalem! Setki tysięcy podpisów zlekceważonych! Boją się tej dyskusji o religii jak diabeł święconej wody. Przewodnicząca Krystyna Szumilas przerwała posiedzenie bez rozpatrzenia i cała ekipa rządząca tchórzliwie zwiała – napisała wiceprzewodnicząca Komisji Edukacji i Nauki Mirosława Stachowiak-Różecka. […]
Cały tekst „Przerwano obrady w sprawie obowiązkowej religii w szkołach. Posłowie PiS mówią o skandalu” – TUTAJ
Źródło: www.portalsamorzadowy.pl/edukacja/
Wczoraj Jarosław Pytlak zamieścił na swoim blogu „Wokół Szkoły” tekst, w którym rozwinął swoje, wyrażone wstępnie już wcześniej poglądy w sprawie pozytywnego zaopiniowania na Komisji Edukacji i Nauki projektu ustawy o prawach i obowiązkach ucznió, a także podjął polemikę z Kacprem Nwickim

Szkoła marzeń wg młodych adeptów prawa
Opublikowany przeze mnie na fejsbuku krótki post z krytycznym komentarzem do tryumfalnego ogłoszenia Ministerstwa Edukacji Narodowej, że projekt ustawy o prawach i obowiązkach uczniów został „pozytywnie zaopiniowany i rozpatrzony” przez sejmową Komisję Edukacji i Nauki, zyskał na tyle duży rozgłos, że postanowiłem rozwinąć ten temat na użytek czytelników bloga.
W otwartym spotkaniu Komisji wzięli udział liczni przedstawiciele tzw. strony społecznej, którzy otrzymali po dwie minuty na przedstawienie swoich stanowisk. Nie wiem, na czym polegało rozpatrzenie projektu, bo debaty nie było – przewodnicząca Krystyna Szumilas nawet nie dopuściła posłów do głosu. Za to samo głosowanie przebiegło zgodnie z planem, to znaczy posiadający większość w komisji posłowie rządzącej koalicji projekt przyjęli. Jeśli komuś narzuca się w tym miejscu wrażenie, że jest to ta sama praktyka (nie)parlamentarna, jaką potępiała opozycja w słusznie minionych czasach rządów Zjednoczonej Prawicy – niewątpliwie ma rację.
W komunikacie ministerstwa nadmieniono, że „projekt przeszedł szerokie konsultacje społeczne, a ankieta na ZPE pokazała wysokie poparcie uczniów i nauczycieli dla planowanych zmian”. Powołanie się w tym zdaniu na poparcie ze strony nauczycieli, wzbudziło moje szczere zdumienie. Prawda jest bowiem taka, że projekt ów zyskał miażdżące opinie w środowisku nauczycielskim, wyrażone m.in. przez Ogólnopolskie Stowarzyszenie Kadry Kierowniczej Oświaty i związki zawodowe. Ankieta na Zintegrowanej Platformie Edukacyjnej nie ma wiele wspólnego z konsultacjami społecznymi w dziedzinie stanowienia prawa. Jest po prostu narzędziem imitowania poparcia społecznego. O zupełnie nieznanych zresztą wynikach, bowiem nie zostały one upublicznione.
Powyższe nie znaczy, że projekt ustawy nie cieszy się poparciem społecznym. W dyskusji pod moim postem zabrał głos Kacper Nowicki, bardzo popularny obecnie młody aktywista polityczny. Napisał tak:
Strona uczniowska też dostała półtorej minuty i zdążyła wyrazić swoje zdanie. Konsultacje społeczne trwały kwartał.
Jak rozumiem jesteście w szoku, że nie wystarczy się oburzyć? Każdy dzień patrzenia na to jak uderzacie w ten projekt powoduje, że jeszcze bardziej żałuję, że stałem z wami na strajku nauczycieli. Nic was poza interesem grupy zawodowej nie obchodzi. Przykre.
Liczne lajki potwierdziły, że ten sposób myślenia ma swoich zwolenników, nawet wśród osób, które czytują to, co piszę. Z ciekawości więc zerknąłem na osobisty profil pana Nowickiego, a tam w relacji z tego samego posiedzenia Komisji znalazłem takie oto zdania:
Dziś Komisja Edukacji i Nauki w Sejmie rozpatrywała projekt ustawy, nad którym pracujemy od miesięcy wraz z innymi organizacjami i władzami państwa. Projekt wprowadza powszechny system Rzeczników Praw Uczniowskich i porządkuje kwestię praw i obowiązków ucznia.
Pomimo bredni ze strony Klubu PiS projekt został przyjęty i skierowany do drugiego czytania. Odklejenie posłów i posłanek, którzy ewidentnie ostatni raz w szkole byli przed upadkiem komuny, sięgało zenitu!
Oto więc mamy czarno na białym, że projekt ustawy powstał w kręgu organizacji prouczniowskich, współdziałających z władzami, które konsekwentnie na wszystkich możliwych polach budują narrację o opresji szkolnej ze strony nauczycieli, której trzeba postawić zapory prawne. Głosy środowiska nauczycielskiego zostały w tych konsultacjach społecznych kompletnie zignorowane. Zdanie pana Nowickiego o bredniach ze strony Klubu PiS, tudzież o odklejeniu posłów i posłanek, napisane zgodnie z obowiązującym obecnie kanonem kultury słowa i relacji międzyludzkich, dotknęły też mnie osobiście, Jestem jak najdalszy od sympatii prawicowych, natomiast retoryka pana aktywisty, współgrająca z działaniami na niwie edukacji posłów rządzącej Koalicji, budzi we mnie głęboki żal i niechęć do polityków, którym zaufałem w roku 2023.
Przeciwstawianie uczniów nauczycielom wchodzi niniejszym na poziom ustawowy. Krótkowzroczna to polityka, na której kapitał zbiją polityczni populiści i wykorzystywani przez nich instrumentalnie młodzi prawnicy, którzy teraz odgrywają się na szkole za doznane od niej prawdziwe i urojone krzywdy. Polskiej oświaty lotu w przepaść to nie zatrzyma.
Istnieją jeszcze enklawy innego sposobu myślenia, co pokazał piękny duchem komentarz pod moim postem, skierowany do pana Nowickiego:
Panie Kacprze, proszę tego nie robić, proszę nie mówić „my” kontra „wy”. Obserwuję Pana działalność i wydaje się Pan być powiewem świeżego powietrza na scenie społeczno-politycznej, a jednak teraz uderza Pan w nauczycieli po całości, stereotypowo, jak wielu przed panem. To ogromnie przykre, bo dostajemy w podbrzusze z wielu stron i najbardziej odczuwają to ci, którzy się starają i którym zależy. Czy możemy raz dla odmiany mówić o społeczności szkolnej MY i piętnować negatywne postawy jednostek zamiast dyskryminować całą grupę zawodową?
Cóż, Pan Nowicki uzyskał rozpoznawalność i swoiste uznanie w rozgrywanych ze swadą publicznych pojedynkach z Patrykiem Jakim. Logika popularności we współczesnej polityce jest taka, że żywi się ona konfliktami. Teraz władza, ręka w rękę z gronem prawniczych młodych wilczków, przenosi atmosferę konfliktu do szkół. Głupie to i krótkowzroczne. Widzą to nauczyciele, ale kto by ich słuchał, skoro już całe społeczeństwo wie, że są źli, niekompetentni i roszczeniowi. No i po prostu wrodzy swoim uczniom.
x x x
Przy okazji historyjka, pozornie a propos koła u wozu. Oto kuratoria w całym kraju rozesłały do szkół ankiety, w których zobowiązały dyrektorów do zaraportowania wyników akcji szczepień przeciw HPV, z podziałem na chłopców i dziewczęta oraz szczepienia dokonane na terenie placówki oraz na zewnątrz. Wzięliśmy udział w tej akcji, we współpracy z firmą medyczną. Było to rok temu. Do nas należało zebranie chętnych i udzielenie miejsca na szczepienie. Resztą, łącznie z dokumentacją, zajmowali się medycy. Dla nas w szkole – robota dodatkowa, oczywiście bez wynagrodzenia i zwrotu kosztów (na szczęście niewielkich), podjęta z poczucia obywatelskiego obowiązku. Tego wyśmiewanego już dzisiaj nawet przez część samych zainteresowanych poczucia misji zawodu nauczyciela.
Teraz, po roku, oczekuje się ode mnie, że będę odtwarzał statystyki, co po części jest wręcz niemożliwe, bo jedynie firma medyczna wie, ile dokładnie dzieci zaszczepiła. Musi wiedzieć, bo na pewno otrzymała za to wynagrodzenie. Indagowani przeze mnie znajomi dyrektorzy zgodnie stwierdzili, że wpiszą dane „na oko”, bo (jednak) odważnych, żeby odmówić kuratorium brakuje. Najszczęśliwsi są ci, którzy wtedy nie zawracali sobie głowy misją, tylko akcji szczepień nie zorganizowali. Wpiszą zera od góry do dołu i już.
Dzięki tej akcji ankietowej państwo uzyska rozeznanie w temacie szczepień przeciw HPV, o wiarygodności podobnie minimalnej, jak badania opinii nauczycieli przez IBE w sprawie reformy Kompas Jutra, albo ankiety na ZPE, według której nauczyciele poparli projekt ustawy o prawach i obowiązkach uczniów. I pomyśleć, że wystarczyłoby wyegzekwować dane od firm medycznych… Po co jednak, skoro praca dyrektorów szkół jest w tym kraju tańsza od kartofli?!
Źródło: www.wokolszkoly.edu.pl/blog/
Oto zamieszczona dzisiaj na oficjalnej stronie MEN ważna informacja:
Po przeanalizowaniu uwag i opinii od około 180 osób i instytucji Minister Edukacji Barbara Nowacka skierowała do Stałego Komitetu Rady Ministrów nową wersję projektu ustawy dotyczącego telefonów komórkowych w szkołach.
Konsultacje publiczne i opiniowanie projektu ustawy o zmianie ustawy – Prawo oświatowe (UD381) trwały od 24 marca do 23 kwietnia 2026 r., lecz rozpatrywano uwagi wniesione również po tym terminie. W ich ramach do Ministerstwa Edukacji Narodowej wpłynęły uwagi i opinie od około 180 osób i instytucji, w tym od kilkudziesięciu uczniów, którzy wyrażali własne zdanie na temat projektowanej ustawy w ramach przedmiotu edukacja obywatelska.
W wyniku uwzględnienia szeregu uwag najważniejsze zmiany w projekcie ustawy obejmują:
1.Wzmocnienie, m.in. na wniosek związków zawodowych i organizacji pozarządowych, mechanizmów egzekwowania projektowanego zakazu. W projekcie ustawy proponuje się przewidzenie możliwości zorganizowania przez szkołę miejsca lub miejsc przechowywania urządzeń, wraz z ustawowym nakazem odkładania urządzeń do tych miejsc, jeśli tylko szkoła je zorganizuje, a także z gwarancjami z zakresu poszanowania prawa do prywatności. Nakaz odkładania urządzeń do miejsc przechowywania będzie miał zatem jasną podstawę ustawową. Szczegóły w zakresie organizacji tych miejsc będą ustalane przez całą społeczność szkolną – w uzgodnieniu z rodzicami i nauczycielami oraz po zaopiniowaniu przez uczniów.
2.Dookreślenie zakresu czasowego i miejscowego obowiązywania projektowanych przepisów, rozszerzając projektowany zakaz na zajęcia edukacyjne prowadzone poza terenem szkoły, a wyłączając spod zakazu internaty. Wskazano też, że centralny zakaz nie będzie obowiązywał podczas wycieczek szkolnych. Obowiązujące w trakcie wycieczek szkolnych warunki korzystania z telefonów komórkowych i innych urządzeń elektronicznych umożliwiających porozumiewanie się na odległość lub rejestrowanie obrazu lub dźwięku zostaną określone w statucie szkoły.
3.Rozszerzenie i dookreślenie wyjątków od projektowanego zakazu (na wniosek strony społecznej i Prezesa Rządowego Centrum Legislacji).
Na końcu komunikatu zamieszczone zostały projekt ustawy, uzasadnienie i ocena skutków regulacji w wersji wniesionej pod obrady Stałego Komitetu Rady Ministrów, wraz z Raportem z konsultacji publicznych i opiniowania oraz załącznikiem do niego, w którym odniesiono się do wszystkich zgłoszonych uwag.
Przypominamy, że projekt ustawy przewiduje m.in.:
1. Zakaz korzystania przez uczniów z telefonów komórkowych i innych urządzeń elektronicznych umożliwiających porozumiewanie się na odległość lub rejestrowanie obrazu lub dźwięku w publicznych szkołach podstawowych podczas pobytu na ich terenie oraz podczas zajęć edukacyjnych organizowanych poza ich terenem (ale już nie podczas wycieczek szkolnych, gdzie pozostawiono szkołom autonomię co do decyzji o warunkach korzystania z ww. urządzeń).
2. Możliwość wprowadzenia takiego zakazu albo określenia innych warunków korzystania z ww. urządzeń elektronicznych przez publiczne szkoły ponadpodstawowe i wszystkie szkoły niepubliczne w ich statutach.
3. Jasne wyjątki od zakazu w postaci:
-zgody nauczyciela, jeżeli korzystanie z telefonu lub innego urządzenia jest niezbędne do realizacji programu nauczania do danych zajęć edukacyjnych, sprawdzenia wiedzy uczniów lub zapewnienia kontaktu ucznia z rodzicami w sytuacji nagłej;
-okresowej zgody dyrektora szkoły, jeśli uczeń wymaga korzystania z urządzeń ze względu na chorobę, niepełnosprawność lub inne szczególne potrzeby wymagające korzystania z odpowiedniego sprzętu specjalistycznego lub aplikacji mobilnej służącej do monitorowania stanu zdrowia;
-bezpośredniego zagrożenia dla zdrowia, życia lub mienia.
4. Procedurę organizowania przez szkołę miejsca lub miejsc przechowywania urządzeń, wraz z ustawowym nakazem odkładania urządzeń do tych miejsc, jeśli tylko szkoła je zorganizuje, a także z gwarancjami z zakresu poszanowania prawa do prywatności. Szczegóły w zakresie organizacji tych miejsc będą ustalane przez całą społeczność szkolną – w uzgodnieniu z rodzicami i nauczycielami oraz po zaopiniowaniu przez uczniów.
5. Wskazanie wprost, że w razie naruszenia zakazu albo innych warunków w szkołach nieobjętych centralnym zakazem, a także w razie niewykonania nakazu odłożenia urządzenia do miejsca przechowywania szkoła stosuje:
=działania wychowawcze (np. upomnienia ustne, kontrakt wychowawczy);
-kary statutowe;
-obniżenie oceny zachowania (w związku z nieprzestrzeganiem zasad obowiązujących w szkole).
Planuje się, aby projekt ustawy wszedł w życie 1 września 2026 roku. Po przyjęciu przez Stały Komitet Rady Ministrów projekt zostanie skierowany do komisji prawniczej, a następnie wniesiony pod obrady Rady Ministrów.
Projektowane rozwiązania są częścią spójnej polityki edukacyjnej. Równolegle od 1 września 2026 r. uczniowie w szkołach poznają więcej zagadnień dotyczących higieny cyfrowej i edukacji medialnej dzięki zmianom podstaw programowych w ramach Kompasu Jutra oraz decyzji o obowiązkowości przedmiotu edukacja zdrowotna. Działania te wzajemnie uzupełniają się oraz mają na celu wspieranie bezpiecznego oraz odpowiedzialnego rozwoju uczniów w świecie nowych technologii.
Projekt ustawy – plik PDF – TUTAJ
Źródło: www.gov.pl/web/edukacja/
Dawno nie zaglądałem na blog Danuty Sterny, ale to co dzisiaj zobaczyłem jest ze wszech miar zasługujące na udostępnienia. Tym bardziej, że jest to rzadki przypadek, kiedy jej tekst nie jest spolszczeniem – głównie amerykańskich – źródeł:
Ustne wypowiadanie się uczniów
Rys. Danuta Sterna
W szkole rzadko kształci się wypowiedź ustną. Króluję egzaminy i sprawdziany pisemne. W tym wpisie, jak kształcić wypowiadanie się na każdym z przedmiotów szkolnych.
Egzamin ustny jest bardziej „ludzki” niż pisemny. W czasie egzaminu ustnego egzaminujący może zadać pytanie pomocnicze, poprosić o wyjaśnienie itp. Jednak dla wielu uczniów może być on bardziej stresujący, głownie dlatego, że nie są oni przyzwyczajeni do formułowania ustnego myśli.
Wypowiedź pisemna często może nie odzwierciedlać autentycznej wiedzy i umiejętności ucznia.
W ocenianiu w edukacji możemy zaobserwować tendencję do organizowania egzaminów pisemnych, a nawet do królującej formy testu. Egzaminy ustne i odpowiedzi ustne praktycznie zanikają, jako forma sprawdzenie, co uczeń wie.
Rozumiem przyczyny – tak jest taniej i szybciej. Jednak jest to ze szkodą dla dorastającego człowieka, który nie potrafi się wypowiadać. Egzaminoza ma swoją odmianę w postaci testomanii, gdzie odpowiedź polega na zgadywaniu lub eliminacji, a nie ma myśleniu.
Jak można to zmienić w klasie szkolnej?
Uzasadnienie odpowiedzi
Można za każdym razem prosić uczniów o uzasadnienie wyboru odpowiedzi w teście. Kłaść nacisk nie na wybór odpowiedzi, ale właśnie na uzasadnienie. Zatrzymywać się na wyjaśnianiu i analizowanie ewentualnego błędu. Testy wielokrotnego wyboru są znacznie lepsze niż jednokrotnego. W przypadku jednokrotnego wyboru można zgadnąć odpowiedź lub znaleźć ją metodą eliminacji, a to nie jest właściwe.
Odpowiedzi zespołowe
Uczniowie bywają zestresowani, gdy wymaga się od nich odpowiedzi ustnej. Dlatego najpierw lepiej jest polecić poszukanie odpowiedzi w parach lub w malej grupie. Uczniowie ustalając wspólnie odpowiedź muszą ją przedyskutować, poprzeć argumentami i wypowiedzieć się, a przy okazji mogą uczyć się wzajemnie od siebie.
Znacznie łatwiej jest sformułować odpowiedź na forum klasy, jeśli wcześniej ma się okazję przedyskutować ją z rówieśnikiem.
Odpowiedzi chóralne
Odpowiedzi jednoczesne całej grupy to technika dydaktyczna, w której nauczyciel zadaje pytanie, na które wszyscy uczniowie odpowiadają głośno ustnie w jednym czasie. Takie podejście niestety uniemożliwia sprawdzenie odpowiedzi każdego z uczniów, ale daje każdemu szansę na wypowiedzenie głośno odpowiedzi i usłyszenie jej samemu. Ten sposób jest skuteczny, gdy uczniowie nie potrafią odpowiadać pełnym zdaniem, uczy ich formułowania odpowiedzi.
W grupach
Nauczyciel opracowuje zestaw pytań, dla których konieczne jest uzasadnienie odpowiedzi. Każde pytanie jest zapisywane na osobnej kartce papieru i umieszczane na środku grupy. Każdy z grupy wybiera pytanie, stara się jak najlepiej odpowiedzieć na nie na głos, a następnie, jeśli to konieczne, prosi pozostałych członków grupy o pomoc. Jest to dobry trening dla formułowania wypowiedzi ustnych.
Prezentacje
Uczeń przygotowuje prezentacje, aby przedstawić temat swoim rówieśnikom. Może korzystać z przygotowanej prezentacji, która pomaga mu zachować płynność wypowiedzi, ale musi wcześniej przećwiczyć wypowiedź ustną, zanim przystąpi do prezentacji.
Moja mama, które kończyła gimnazjum tuż przed II Wojną Światową zdawała egzaminy ustne z każdego przedmiotu, takie były warunki ukończenia szkoły. Ćwiczenie wypowiedzi ustnych było wtedy na porządku dziennym w szkole. Ja również zdawałam egzamin ustny przy rekrutacji do liceum, wtedy egzamin przeprowadzało to liceum, do którego uczeń kandydował. Potem okazało się, że system taki nie jest „sprawiedliwy”. Zamieniono, go na system egzaminów zewnętrznych w formie, ogromnie kosztowny i prawie wyłącznie w formie pisemnej.
Pamiętam o dwóch inicjatywach w edukacji, które miały wspierać ćwiczenie umiejętności wypowiadania się. Jedna to ustna matura z języka polskiego polegająca na obronie przygotowanego projektu, a druga polegająca na wykonaniu i prezentacji projektu gimnazjalnego. Pierwsza z nich upadła na skutek krytyki nauczycieli języka polskiego, którzy zostali „ubrani” w bezpłatny obowiązek prowadzenia projektu maturzystów. Oficjalny powód był taki, że niektórzy maturzyści ściągali prace z Internetu i przedstawiali jako swoje. W dobie AI wygląda to na wyolbrzymiony problem, który będziemy musieli zaakceptować. Ostatecznie każdy uczeń musiał wtedy przedstawić (nawet ściągnięty) projekt komisji i odpowiedzieć na jej pytania. Ten pomysł zakładał, że w szkole średniej uczeń powinien uczyć się wypowiadać w języku ojczystym.
Projekt gimnazjalny, za którego pomysłem optował wtedy Jacek Strzemieczny (ówczesny prezes Centrum Edukacji Obywatelskiej), zakładał, że uczniowie w czasie nauki w gimnazjum przeprowadzą projekt zespołowy i zademonstrują jego rezultaty. Niestety ten projekt też po pewnym czasie upadł. Pozostały tylko testy pisemne na koniec szkoły podstawowej. Teraz następuje próba reanimowania obowiązkowej metody projektu, ale jeśli nie przygotuje się warunków do realizacji projektów przez uczniów, przy wsparciu nauczycieli (odpowiednio za to wynagradzanych), to pomysł znowu się „wykrzaczy” i upadnie.
W życiu dorosłym uczniowie będą musieli się wypowiadać, uzasadniać swoje decyzje i przekonywać innych. Musza zdobyć tę umiejętność w szkole. W dobie egzaminów pisemnych kształcenie tej umiejętności zanika.
Źródło: www.oknauczanie.p
Minister Edukacji Barbara Nowacka powołała Mariusza Biniewskiego na stanowisko dyrektora Ośrodka Rozwoju Edukacji.
Mariusz Biniewski jest magistrem filologii polskiej i nauczycielem dyplomowanym z 25-letnim stażem. Od 2020 r. pełnił funkcję dyrektora Zespołu Szkół Ogólnokształcących nr 1 w Gorzowie Wielkopolskim. Przez ostatnie dwa lata pełnił funkcję Lubuskiego Kuratora Oświaty.
Nowo powołany dyrektor jest też absolwentem studiów podyplomowych z zakresu zarządzania instytucjami oświatowymi, filozofii, etyki oraz wiedzy o społeczeństwie.
Źródło: www.gov.pl/web/edukacja/
x x x
A to więcej informacji o nowym dyrektorze ORE, zaczerpniętych z portalu „Strefa Edukacji”:
[…] Mariusz Biniewski jest magistrem filologii polskiej i nauczycielem dyplomowanym z 25-letnim stażem. Od 2020 roku pełnił funkcję dyrektora Zespołu Szkół Ogólnokształcących nr 1 w Gorzowie Wielkopolskim. Przez ostatnie dwa lata był Lubuskim Kuratorem Oświaty. Jak wynika z informacji rządowej, nowo powołany dyrektor ORE jest także absolwentem studiów podyplomowych z zakresu zarządzania instytucjami oświatowymi, filozofii, etyki oraz wiedzy o społeczeństwie.
Powołanie nowego dyrektora Ośrodka Rozwoju Edukacji ma znaczenie nie tylko organizacyjne. ORE jest instytucją, która uczestniczy w przygotowywaniu materiałów, szkoleń i rozwiązań wspierających szkoły w codziennej pracy. […]
Źródło: www.strefaedukacji.pl
x x x
I jeszcze informacja z fanpage Kuratorium Oświaty w Gorzowie Wielkopolskim:
[…] Nowo powołany dyrektor Ośrodka Rozwoju Edukacji jest też absolwentem studiów podyplomowych z zakresu zarządzania instytucjami oświatowymi, filozofii, etyki oraz wiedzy o społeczeństwie. […]
[ www.facebook.com/KuratoriumOswiatyGorzow/posts/ ]
Na portalu „Edunews” zamieszczono wczoraj tekst Moniki Rokickiej – polonistki, trenerki myślenia krytycznego, konsultantki edukacyjnej, która wspiera nauczycieli oraz liderów edukacji w tworzeniu środowisk sprzyjających sprawczości, kreatywności i odpowiedzialności za uczenie się. Jest to jej reakcja na post Pawła Lęckiego o zmorach polskiej szkoły:
Foto: https://monikarokicka.com/
Monika Rokicka
Plasterki dla polskiej szkoły
Ile jeszcze plasterków trzeba przykleić, zanim wreszcie przyznamy, że to nie jest leczenie? Podczas mojego ostatniego „bliskiego spotkania trzeciego stopnia” z systemem ochrony zdrowia, miałam czas nadrobić lektury dotyczące rodzimej edukacji. NFZ, chcąc nie chcąc, wspiera rozwój czytelnictwa kolejkowego. Ale ad rem.
Przeczytałam post Pawła Lęckiego o zmorach polskiej szkoły oraz długą listę komentarzy, które wokół niej narosły. I uderzyło mnie jedno: niemal każdy głos dopisywał do tej listy kolejną „zmorę”. To właśnie wydaje mi się najbardziej niepokojące. Problemem nie jest już pojedynczy element z tego katalogu, ale to, że ta lista zdaje się nie mieć końca.
Polska szkoła od dawna nie jest systemem wymagającym drobnych korekt. Tu nie wystarczy poprawić jednej procedury, dopisać kolejne rozporządzenie, zmienić egzamin, ograniczyć prace domowe czy przeszkolić nauczycieli. Ta logika doraźnych napraw wobec systemu, który od lat funkcjonuje w stanie strukturalnego rozpadu – nie działa.
Od lat obserwujemy ten sam mechanizm: plaster na podstawę programową, plaster na zdrowie psychiczne dzieci, plaster na kryzys kadrowy, plaster na przemoc, plaster na egzaminy, a potem plaster na skutki poprzedniego plastra.
Tylko że są rzeczy, których nie da się naprawić kosmetyką. Jeśli pękają fundamenty, kolejna warstwa farby nie jest strategią.
Najbardziej niepokoi jednak coś jeszcze: że jako społeczeństwo wciąż nie umiemy powiedzieć „dość”.
Edukacja nie jest jednym z wielu sektorów państwa.
Edukacja jest fundamentem.
To tam zaczyna się jakość myślenia, odporność na manipulację, zdrowie psychiczne, zdolność współpracy, kultura dialogu, kompetencje obywatelskie, jakość przywództwa i gotowość do funkcjonowania w świecie, który stawia coraz bardziej złożone wymagania.
Jeśli źle działa system, który kształtuje człowieka, konsekwencje nie zatrzymują się w murach szkoły. Widać je na rynku pracy, w jakości debaty publicznej, w relacjach społecznych, w poziomie zaufania, w odporności psychicznej społeczeństwa.
A jednak wciąż traktujemy edukację tak, jakby była problemem wyłącznie nauczycieli, uczniów i rodziców. Nie jest!
Szkoła współtworzy przyszłych obywateli, pracowników, liderów, rodziców, partnerów i ludzi podejmujących decyzje. Dlatego tak bardzo dziwi mnie, że wciąż akceptujemy doraźność tam, gdzie potrzebna jest długofalowa strategia.
Coraz częściej zadaję sobie pytanie, co właściwie musi się wydarzyć, żebyśmy jako społeczeństwo przejrzeli na oczy.
Największą zmorą polskiej szkoły nie jest wcale pojedynczy problem, ale nasze zbiorowe przyzwyczajenie do prowizorki. Wszyscy widzimy pęknięcia. A jednak wciąż zachowujemy się tak, jakby to nie był nasz dom.
Co, Waszym zdaniem, musiałoby się wydarzyć, żeby edukacja przestała być przedmiotem doraźnych napraw, a stała się realnym projektem społecznym?
Źródło: www.edunews.pl










